A
dookoła norwegii i bałtyku


ETAP 1. DNIA
08.06.07. ZE SZCZECINA. DYSTANS
O dziewiątej spotkaliśmy się na przejściu granicznym w
Lubieszynie. Pierwsze niepowodzenia zanotowałem w chwilę po starcie. Przed
Neubrandenburgiem przykułem uwagę do mojego GPSa najeżdżając na leżący na
szosie niewielki kamień. Dwie dziury w przednim kole, dwa koła scentrowane.
Gorąco, 36 stopni w cieniu. Hamuję za Andrzejem, nie wypinam się z bloków SPD
no i pierwszy upadek. Wprawdzie prędkość zero, ale uszkodziłem przerzutkę.
Jestem przeziębiony, boli gardło. Szukamy miejsca na biwak, ale lasów tu nie
ma, pola obsiane zbożem. Znajdujemy rżysko po skoszonej łące. Lokujemy się za
balotami kiszonki opodal drogi. Naprawiam pierwsze uszkodzenia: koło, dętkę i
przerzutkę. W mocno upchanym bagażu pękła miska, czyli moja łazienka, z
wiaderka plastykowego wylał się cały zapas roztopionego smalcu impregnując przy
okazji bukłak, magazyn żywności. Na domiar złego jestem trochę chory i przez
następne dwa tygodnie zużyję prawie cały zapas podręcznej apteczki. Ktoś w nocy
kręci się blisko namiotów. Chyba gospodarz pola ale udajemy, że śpimy.

ETAP 2. DNIA
09.06.07. NIEMCY. DYSTANS
Przygnębienie po pierwszym dniu podróży minęło. Andrzej doświadcza
pierwszego obtarcia pośladka. Ogarniają nas wątpliwości. Zwiedzamy
Neubrandenburg. Wieczorem znajdujemy małe jeziorko na wsi. Miły kontakt z miejscowymi
mieszkańcami. Doradzają jak trafić i rozbić namioty na plaży. Andrzej zażywa
kąpieli. Słonecznie i bardzo gorąco. O 5.30 pobudka. O ósmej ruszamy do
Rostoku. Po drodze pierwsza wymiana doświadczeń z napotkanymi turystami.

ETAP 3. DNIA
10.06.07. DANIA. DYSTANS
Prom Steneline do Gedser w Danii rusza o trzynastej. Przedtem
błądzimy trochę, zwiedzając Rostok. Na samochodowym pokładzie promu mocujemy
rowery z całą zawartością bagażu, także dokumenty i pieniądze. Zmieniamy
mentalność wierząc, że możemy zaufać obiegowym opiniom. Droga do przedmieść
Kopenhagi z powodu słońca wyciska z nas ostatnie krople potu. Czas poszukać
miejsca na biwak. Mijamy dwukilometrowy most nad cieśninami duńskimi i
zatrzymujemy się w najbliższym dogodnym dla spoczynku miejscu. Zaglądamy do
pozornie opuszczonego domku. Nikogo nie ma, choć wszystko wskazuje na to, że
ktoś tu mieszka. Odmierzamy zatem obowiązkowe

ETAP 4. DNIA
11.06.07. DANIA. DYSTANS
Upał. Próbujemy złapać trochę cienia. Skręcamy w boczną osiedlową uliczkę.
Rzucamy na przydrożny trawnik płachtę. Andrzej odpoczywa w cieniu drzewa, ja
udaje się z życzliwą Dunką po zapas wody do picia. Rozmowa jest pełna
życzliwości. Korzystam z podarowanej mapy Kopenhagi i okolic. Mniej szczęścia
miał Andrzej. Młoda para, właściciele posesji obok strofują go za to, że
gniecie piękny przydomowy trawnik. Upał, odpoczniemy i zaraz ruszymy dalej,
tłumaczymy zobowiązując się nawet uczesać trawę. Widać zażenowanie na ich
twarzach, głupio im. Nic się nie stało, w porządku, nie ma problemu, tłumaczą
umykając za furtkę swojej rezydencji. Ruszamy w kierunku Kopenhagi. Dwadzieścia
kilometrów przed stolicą Andrzej korzysta z kolejnej kąpieli tym razem w
cieśninach duńskich, jak się okaże, ostatniej podczas naszej podróży. Przy życzliwej
pomocy znajdujemy miejsce spoczynku opodal plażowego parkingu. Rano Andrzej
poddaje się operacji usunięcia kleszcza.
ETAP 5. DNIA
W centrum stolicy jesteśmy o 10.30. Na zmianę warty musimy zdążyć
do dwunastej. Potem Syrenka no i Christiana. W 1971 roku tereny opuszczonych
koszar zajęły hipisowskie grupy i ogłosiły je wolnym miastem. Ciągle czuje się
tu atmosferę ”dzieci kwiatów” wolnomyślicieli wszelkiej maści. Narkotyki można
nabyć wszędzie, byle poza zasięgiem wzroku stróżów prawa. Widziałem uzbrojony
patrol, ale nie ma on wiele do powiedzenia w tej osobliwej części stolicy.
Zapytaj, zanim zrobisz zdjęcie, to jedno z wielu obowiązujących zasad tej
artystycznej bohemy. Na koniec Stroget deptak w centrum miasta, przegląd
światowej mody okrywającej swoimi kreacjami wszystkie kolory skóry. O
piętnastej opuszczamy Kopenhagę. Co parę kilometrów strzelają w górę lasy
masztów cumowanych tu morskich jachtów. Nigdzie więcej nie zauważyłem ich tak
wiele. Widać, że mają warunki i kochają ten rodzaj przyjemności. Na biwak
wybieramy za pozwoleniem, z wolna opuszczaną na przedmieściu stolicy plażę.

ETAP 6. DNIA
13.06.07. SZWECJA. DYSTANS
W duńskim Helsingor wysypujemy ostatnie centy z naszych kieszeni.
Żegnamy już Danię. Podróż na drugi brzeg, do Helsinborga to zaledwie
dwadzieścia kilometrów promem. Opuszczamy prom i ruszamy tranzytem w kierunku
Norwegii. Mapę zdobyliśmy w centrum informacji turystycznej. Wkrótce okazało
się, że większość dróg nie akceptuje obecności rowerzystów. Kluczymy więc
lokalnymi drogami, zawsze w dobrym stanie i małym ruchu. Okazuje się, że
Szwecja wcale nie jest taka płaska. Drogi wspinają się

ETAP 7. DNIA
14.06.07. SZWECJA. DYSTANS
Zimno. Tylko 15 stopni. Zabrnęliśmy w ślepy zaułek. Musimy dostać
się na drugą stronę autostrady. Najpierw jedziemy w ciemno osiem kilometrów by
przedostać się na drugą stronę rzeki. Podobno jest kładka, ale rzeka szeroka i
nic takiego nie ma. Na brzegu przymocowane łańcuchami łodzie. Kombinujemy jak
wypożyczyć łódkę, w końcu decydujemy wracać. Błądzimy leśnymi duktami,
szutrówką, wreszcie znajdujemy tunel, chyba dla żab. Jesteśmy po drugiej
stronie autostrady. Staramy się unikać lokalnych dróg. Tam gdzie nas nie
wyganiają jedziemy najkrótszą drogą. Często się udaje. Turbulencje obciążonego
mocno roweru sprawiają, że pęka bagażnik. Szybko znajdujemy warsztat remontowy
i możemy spokojnie kontynuować podróż. Chociaż usługi cenione są tu bardzo
wysoko, nie płacę ani grosza. Wszystko załatwia plakat z tyłu bagażnika mówiący
sam za siebie. Wszędzie tam, gdzie traktują nas szczególnie łaskawie zostawiam
pocztówkę zawierającą plan podróży, namiary i zaproszenie do Szczecina.
Wieczorem jajecznica koniecznie na boczku, bo w Szwecji uważanym jeszcze za
tani, płacimy w przeliczeniu 35 zł /kg . Śpimy na polu obok stodoły w której
suszymy mokre ubrania.

ETAP 8. DNIA
15.06.07. SZWECJA. DYSTANS
Jedziemy na północ. Jeszcze w miarę płasko. Robimy zbyt małe dystanse.
Dyscyplinuję Andrzeja. Mamy przecież tylko dwa miesiące. Nie jesteśmy na
wczasach. Wieczorem zatem osiągniemy już niezły wynik. Przed nami zatrzymuje
się samochód, bo flaga na naszych bolidach wyraźnie wskazuje, że jedziemy z
Polski. To nowa emigracja. Chwalą sobie tutaj życie na niezłym poziomie. Wstyd
im tylko z powodu napływających wszelkiej maści nieudaczników, próbujących żyć
z kradzieży i żebractwa. Przygnębieni, bo nosimy ze sobą wyraźny symbol
przynależności państwowej, szukamy miejsca na nocleg. Wszystkie tereny
dokładnie otoczono drutem, wskazującym teren prywatny. Pilotuje nas napotkany
cyklista w dojrzałym wieku. Znajdujemy zagrodę. Przytulają nas na łączce
przynależnej do posesji. Gospodyni zaprasza do łazienki, bierzemy prysznic, potem
gospodarz przynosi piwko, pizzę i orzeszki. Pierzemy ciuszki w strumyczku,
rozwieszamy na czym się da a potem okazje się zawsze, że czegoś w naszym
ekwipunku brakuje.

ETAP 9. DNIA
16.06.07. SZWECJA. DYSTANS
Do Goteborgu dotarliśmy rankiem. Miasto bardzo rozciągnięte.
Centrum miasta to jakby jego obraz w pigułce. Wjeżdżamy rozpędem do następnego
miasteczka, bo z górki i mały ruch na ulicach. Na środku ulicy czerwone
muchomory, ale ładne myślę sobie. To pułapka. Kapelusze są wypukłe, mają ograniczać
szybkość, zostaję zatem ukarany pękniętą szprychą, scentrowanym kołem no i
jakby kara została złagodzona, bo nie skończyło się bolesnym upadkiem.
Wieczorem szukamy przystrzyżonej trawki. Zachęceni przez gospodarza lokujemy
się na jego ogródku nieopodal dyskoteki. Hałasy mieszane z muzyką milkną
szczęściem jeszcze przed północą. Wieczorem i w nocy padało, więc koło
naprawiam rano. W porannej szarudze gubię słoneczne okulary i wcale się z tego
powodu nie martwię, bo już teraz widział będę lepiej.

ETAP 10.
DNIA 17.06.07. SZWECJA. DYSTANS
Zatrzymaliśmy się na chwilę. Usiedliśmy na ławce dla posiłku.
Szybko zwiedziały się okrutne meszki. Nim dotarliśmy do rowerów wyglądaliśmy
jak po ospie. Na szczęście tylko twarze, bo zimno i jesteśmy dobrze ubrani.
Ładne jeziorko przy drodze, już późno, więc rzucamy namioty nad wodą. Historia
się powtarza. Ale gdzie uciekać? Podjeżdża samochód z łodzią kanou na dachu.
Uprzejmy Szwed obiecuje przywieźć wodę do picia i ratuje sztyftem przeciw
meszkom. Za godzinę cieszymy się już obiecaną wodą, a także otrzymujemy owocową
pizzę z dedykacją od małżonki. Wszystko wręczone przez córeczkę, która
przyjechała, żeby nas przy okazji oglądnąć.

ETAP 11.
DNIA 18.06.07. NORWEGIA. DYSTANS
Szwecję pożegnaliśmy o dziewiątej rano. Na białym tle flagi na
naszym maszcie, niebieski krzyż zmienił kolor na czerwony. Jesteśmy w Norwegii.
Pierwsze doświadczenia przyszły szybko. Chleb, kefir, kiepskie parówki,
margaryna i coś tam do smarowania chleba, wszystko za ekwiwalent 50 złotych.
Zmęczeni stromymi podjazdami lokujemy się za radą dobrych ludzi nad jeziorkiem
na skraju miasteczka. Wieczorem zobaczyliśmy szarżującego w naszym kierunku
starszego pana. Będzie źle, pomyśleliśmy. Dobrze nam tu, na drzewie suszą się
nasze rzeczy, podpalamy cygaro i spijamy z deputatu codzienną zakrętkę
wyborowej. Nie poddajemy się. Zagroził policją. Zgodziliśmy się grzecznie,
poczym wkrótce zniknął w oddali. Uff.

ETAP 12.
DNIA 19.06.07. NORWEGIA. DYSTANS
Droga na skróty w kierunku na Oslo wiedzie częściowo trasą MTB.
Pięć kilometrów trzeba przebyć niezwykle trudną drogą. Na posiłek zatrzymujemy
się obok przydrożnej posesji. Gospodyni
przynosi kawę z kropelką whisky. Zjawia się też mąż. Choć nie zauważamy
agresji, taktycznie zmykamy mu z oczu. Następne zaopatrzenie w supermarkecie
Coop. Przed wejściem rozmawiamy z turystami z Ameryki. Małżeństwo z córeczką,
która obserwuje nas bacznie, wyrokuje nieśmiało i z wątpliwością: ojciec i syn?
Ubawiłem się, bo wreszcie ktoś to głośno zauważył. Zapytałem Andrzeja wchodząc
do marketu czy kupić mu lizaka czy misia? W Norwegii chleb kosztuje średnio 9
zł. Pytam ekspedientki gdzie jest ten za 3,50? Już nie ma, odpowiada. Będzie
jutro rano. Jutro rano będę już w Oslo, a dalej jedziemy do Trondheim i wokół
Bałtyku. Otworzyła szeroko oczy: To ja dam ci ten chleb za 3,50. Ależ ja nie
chcę, ale musisz upiera się. Nie dałem rady, musiałem. Taka jest magiczna siła
naszego przedsięwzięcia. Biwak organizujemy na przedmieściu Oslo, nad fiordem.

ETAP 13.
DNIA 20.06.07. OSLO. DYSTANS
Trzy razy kleję dętkę. Wadliwa felga tnie gumy od wewnątrz. Pęka
także hak przerzutki. Nie przejmuję się. Ostrożnie zmierzamy do niedaleko
odległej stolicy. Pół dnia schodzi na szukaniu haka we wszystkich sklepach i
serwisach. Nie ma. Znajdują go telefonicznie w Horten,
ETAP 14.
DNIA 21.06.07. NORWEGIA. DYSTANS
Budzę się w lepszym nastroju. Uprzedzano nas, żebyśmy się przygotowali
na dzisiejszy etap. Był trudny, ale udało się bez podchodzenia. Po drodze
spotykamy grupy robotników polowych. Zawsze kontrolnie wołamy głośno „dzień
dobry”! Kiedy odpowiadają po polsku wiemy, że możemy liczyć na truskawki,
sałatę lub po prostu krótką rozmowę. Do Horten musimy przybyć przed szesnastą,
zanim zamkną sklepy. Jesteśmy na drodze wzmożonego ruchu. Przed nami tunel
długości

ETAP 15.
DNIA
Obudziliśmy się o szóstej. Na ściernisku. Czy to był sen?
Podładowaliśmy akumulatory do wszystkich naszych mediów. Zakleiłem kolejną już
gumę tylnego koła. Zaczęło padać. Pompujemy koła na stacji benzynowej. Czekamy,
może trochę przestanie. To miłe, że ciągle się nami interesują, robią zdjęcia,
pytają o trasę. Pokonujemy wciąż duże wzniesienia oraz strome zjazdy.
Napotykamy kolejnych turystów rowerowych, tym razem niemiecko-holenderską parę.
Wszystkich rowerzystów staramy się zatrzymywać nawet, jeśli nie zdradzają
ochoty by porozmawiać. Potem zawsze okazuje się, że nawiązujemy przyjaźń, aby
wkrótce się pożegnać, bo zmierzamy w przeciwnym kierunku. Trzeba poszukać
wygodnego miejsca do spania. Trzy próby zainstalowania się blisko gospodarzy i
trzy porażki. Poza gospodarstwem w opcji jest najczęściej las, a raczej busz
porośnięty wysoką trawą, z nierównym podłożem. Wreszcie kolejna próba i udaje
się. Jest ściernisko i zgoda. Suszymy nasze przemoknięte ubrania w stodole.
Mamy obok w oborze do dyspozycji łazienkę. Jak to różnie w życiu bywa, w jednym
tylko kraju.

ETAP 16.
DNIA 23.06.07. NORWEGIA. DYSTANS
Deszcz cały dzień. Za to piękne góry, wodospady, długie kręte
podjazdy. Wspinamy się na wysokość

ETAP 17.
DNIA
Straszna noc. Ubierałem się z każdą następną godziną, dopóki
starczało suchej, choć cienkiej odzieży. Nie było dużego wyboru. Rano wstałem z
chrypą, pewnie z gorączką, bo przeziębienie ciągle nie ustępowało. Wilgotne
sakwy pokryte były grubym szronem. Pomyślałem, że wpadłem w pułapkę jak owad
zwabiony do kielicha wypełnionego słodkim nektarem. Już się stąd nie wydostanę,
pomyślałem. Brakuje jeszcze odnowienia ubiegłorocznej kontuzji kolana. Tutaj,
setki kilometrów w górach, nie zdecyduję się wołać o ratunek nim będę pewny, że
to już koniec. Wstało słońce. Ogrzało zmarzniętego, załamanego podróżnika.
Osuszyliśmy się w zbawiennym słońcu, skleiłem trzykrotnie tą samą dętkę.
Ruszyliśmy popołudniu. Siedem kilometrów podjazdu. Po drodze guma jak zwykle z
tyłu. Jedziemy cały dzień w otaczającym nas śniegu. Płaskowyż pozbawiony
całkowicie roślinności. Trochę tirów, żadnych sklepów. Nareszcie spadamy w dół
z owych

ETAP 18.
DNIA 25.06.07. NORWEGIA. DYSTANS
Pobudka o piątej trzydzieści. Zaklejam znowu trzy dziury w jednej
i tej samej dętce. To efekt durszlaka, który powstał w wyniku systematycznego
osłabiania dętki przez wadliwą obręcz koła. Oklejam ją kilkakrotnie izolacją. Znowu
wspinamy się wiele razy pod górki, by ostatecznie przez

ETAP 19.
DNIA
Dziękując za podgrzanie akumulatorów, wymieniliśmy namiary i
pożegnaliśmy naszą miłą Felusi. Wjechaliśmy na drogę nr 30. Najpierw mozolnie
wspinamy się na wysokość

ETAP 20.
DNIA 27.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 88 Kkm.
Ruszyliśmy o siódmej, ale po siedmiu kilometrach Andrzejowi łamie
się dyszel przyczepki. Transportujemy ją z powrotem na warsztat stacji
benzynowej. Usługa wykonana, ale wadliwie. W wyniku negocjacji, nie płacimy
żądanych pieniędzy. Będziemy szukać pomocy podczas następnej awarii.
Zatrzymujemy się po drodze, by porozmawiać z angielskim podróżnikiem, który rok
temu wyruszył w podróż z Przylądka Dobrej Nadziei i wraca teraz do domu. To
jest coś! Przekraczamy fiord na gapę.
Bileterzy udają, że nas nie widzą. Choć trzeba płacić, w naszym wypadku 50%
czyli po 15 zł z powodu emerytalnego wieku, dwukrotnie przejechaliśmy promem za
friko. Także dwukrotnie uiściliśmy należną opłatę. Stoimy przed nowym
wyzwaniem. Wspinamy się najpierw na wysokość

ETAP 21.
DNIA 28.06.07. NORWEGIA. DYSTANS
Zafascynowany pięknem nie zrobiłem
notatek. Zdjęcia same mówią za siebie, choć w żadnym
stopniu nie oddają tego co zarejestrowało oko. Zresztą spójrzcie sami a potem
złóżcie tam wizytę.

ETAP 22.
DNIA
Zaczęło się jak zwykle podjazdem pod stromą górkę. Przed nami
tunel pod fiordem. Spotykamy grupę Polaków zatrudnionych w jakimś samochodowym
warsztacie. Tylko jeden z nich zalecał podjęcie ryzyka przejazdu pod fiordem,
reszta była przeciwna podejmowania ryzyka. Decyzja należała do miejscowego
sędziego, który absolutnie odradzał łamanie prawa. Objeżdżamy więc fiord
dookoła kosztem dodatkowych

ETAP 23.
DNIA 30.06.07. NORWEGIA. DYSTANS
Dzisiaj przekroczyliśmy najdłuższy norweski
fiord. Żeby się dostać na drugi brzeg płacimy po (50 zł) bez ulgi. Piękne
wodospady pozwalają zapomnieć, że tak nam drenują
kieszenie. Wysokie skalne góry. To niecodzienny widok, niezapomniane wrażenia.

ETAP 24. DNIA
01.07.07. NORWEGIA. DYSTANS
Po przekroczeniu fiordu znaleźliśmy się na początku „drogi Troli”.
Tym razem podjazd od łagodnej strony. Trzeba wznieść się na wysokość

ETAP 25.
DNIA 02.07.07. NORWEGIA. DYSTANS
Wstaliśmy o wpół do szóstej. Pogoda nie chciała się określić.
Ubraliśmy się deszczowo. Zatrzymaliśmy się przed tunelem. Nie decydujemy się
łamać zakazu i ruszamy na objazdową trasę dookoła, przemierzając kolejno
dodatkowe pięćdziesiąt kilometrów. Po rozmowie z napotkanymi motocyklistami z
Polski, decydujemy się pojechać „trasę atlantycką”. Po drodze czeka nas
następny tunel długości

ETAP 26.
DNIA 03.07.07. NORWEGIA. DYSTANS
Wchodzimy na „trasę atlantycką”. Pierwszy most wisi na wysokości

ETAP 27.
DNIA
Wiatr nadal utrudnia osiągnięcie kolejnego celu. Andrzejowi łamie
się przyczepka, ja tracę tylną dętkę. Transportujemy przyczepę do pobliskiego
warsztatu na stacji benzynowej. Po dwóch godzinach naprawy, możemy jechać dalej
nie płacąc znowu ani grosza. Jak widać, jesteśmy wszędzie „niezwyczajni”. Zakaz
ruchu rowerów, wiatr i deszcz powodują, że nasz biwak rozbijamy dopiero przed
północą. Ale zachód słońca dopiero się zaczyna. Z miejsca w którym nocujemy
widać wieżę miejskiego ratusza, czyli jesteśmy w samym centrum Trondheim, na
skraju szkolnego boiska.

ETAP 28.
DNIA 05.07.07. NORWEGIA. DYSTANS
Na podbój dawnej stolicy ruszamy o ósmej. Zwiedzamy stare miasto z
piękną katedrą Olafa, stare spichlerze, na targu rybnym kupujemy po dwa świeże
śledzie. Wydajemy także ostatnie korony norweskie, bo to nasz ostatni dzień w
tym kraju. Nagle jak spod ziemi stają przed nami na ulicy dwie szczęśliwe
dziewczyny. Mamy was! Skończyliśmy już pracę, ale dowiedzieliśmy się, że
jesteście. Prosimy o wywiad. Emocjom nie było końca. Nie mieliśmy jeszcze nigdy
dotąd odpoczynku na trasie naszej wędrówki, więc postanawiamy znaleźć miejsce
na jeden dzień przerwy. Przy pomocy naszego GPS, uroczysko znalazło się nad
pięknym jeziorem. Wydawało się, że jedynym obecnym na terenie kilku domków
weekendowych, jest ujadający na nasz widok pies. Rozbiliśmy namioty. Raj na
ziemi. Nagle pojawia się w średnim wieku właścicielka jednego z domków pytając
co tu robimy? Ja piorę, kolega smaży rybkę. Ponieważ środa, więc chcemy
odpocząć przez następny dzień. Ależ dzisiaj piątek i zaraz będzie tu pełno
ludzi, słyszymy. Musicie się wynosić chociaż trochę dalej, obok. Gdzieś nam
uciekły dwa dni z kalendarza. Wzięliśmy pod pachy namioty i cały nasz suchy i
mokry dobytek. Byliśmy na skraju, w buszu. Załamani faktem, że nie będzie
planowanego dnia odpoczynku, pijąc kawę i dymiąc skręta ujrzeliśmy nagle tą
samą, jak nam się wydawało wiedźmę. Jeszcze dalej!, zaczęła. Dalej nie można,
tłumaczyliśmy. Upierała się tak długo, aż pokłóciliśmy się. Możesz nas
zastrzelić a nie ruszymy się stąd, jesteśmy zmęczeni. Pokiwała przecząco głową, odeszła. Uff.

ETAP 29.
DNIA 06.07.07. NORWEGIA. DYSTANS
Spaliśmy do ósmej. Zwinęliśmy namioty, spakowaliśmy wszystko i
znów ukazał się przed nami ten sam upiór. Przerażeni czekaliśmy na najgorsze. „I’m
sorry, zaczęła. Widzieliśmy was wczoraj w naszej telewizji, to piękne co
robicie”. Możecie tu zostać. Napijecie się kawy? Dziękujemy, jesteśmy już po,
odparliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Zwykła huśtawka. Sto metrów niżej, żeby
za chwilę wspiąć się na tą samą wysokość. To codzienny przekrój trasy aż do
opuszczenia pasma gór skandynawskich. Nareszcie schodzimy z E14, ale tylko na chwilę, bo droga którą
chcieliśmy jechać dalej, zajęta jest przez lotnisko. Wracamy na E14, może i
dobrze, bo po drodze możemy oglądać wyryte w skale rysunki obrzędów składania
ludzi w ofierze sprzed 2000 lat p.n.e. Silny przeciwny wiatr nie pozwala nam
ujechać więcej i choć jest dopiero po szesnastej, schodzimy z trasy.

ETAP 30.
DNIA 07.07.07. SZWECJA. DYSTANS
Spaliśmy w uroczym miejscu nad rwącą rzeką łososi. Wodę
czerpaliśmy z gospodarstwa otartego na oścież. Klucz w drzwiach, ani żywej
duszy, choć wszystko pootwierane. Na zewnątrz narzędzia elektryczne, na domku wiszące wędki do wyboru
dla spragnionych wędkowania turystów. Nikt tego nie pilnuje, nikt tego nie
kradnie. Jutro opuścimy Szwecję, wydamy ostatnie korony w najtańszej sieci
sklepów Lidlu. Można tam usłyszeć polską mowę, oglądać do wyboru bardzo powabne
murzynki, kupić niezbędne do przetrwania wiktuały. Skończył się żółty pas po
środku drogi oddzielający dwa pasma ruchu. Czyli już jesteśmy w Szwecji.

ETAP 31.
DNIA 08.07.07 SZWECJA. DYSTANS
Norwegia nie odpuściła, do końca zmagaliśmy się z górami. Szwecja przywitała
nas kapuśniakiem a potem dość obfitym deszczem. Nocleg znaleźliśmy na uboczu
gospodarstwa, na łące. Blisko lasu i rzeki. Zaraz zwiedziały się tysiące,
miliony meszek. W popłochu rozbiłem namiot. Żadnej kolacji, czy nawet chociażby
herbaty. Wewnątrz trzeba było rozprawić się jeszcze z resztą meszek która
wtargnęła korzystając z otwartych drzwi. Jak już nie pierwszy raz, jedynym
posiłkiem w ciągu dnia była makaronowa rano i parę kanapek po drodze.

ETAP 32.
DNIA 09.07.07. SZWECJA. DYSTANS
Ruszamy w deszczu. Choć termometr wskazuje 13 stopni, znacznie
odczuwa się chłód. Zakaz ruchu rowerów obliguje nas do zjechania w boczną
drogę. Dużo lepiej niż tam, gdzie pędzące tiry wznoszą fontanny wody obok
ciebie. Ostersund osiągamy w deszczu. Żadne, nawet najpiękniejsze otoczenie nie
robi na tobie miłego wrażenia w taką pieską pogodę. Trochę jednak przestało
padać. Przycupnęliśmy na trawniku gospodarskiego ogrodu. Korzystamy z ogrzanej
specjalnie dla nas łazienki w sąsiedztwie, żeby podsuszyć nasze ubrania.
Jeszcze tylko klejenie dętki, zamiana opon. Komary już nie przeszkadzają jak
dawniej, nawet je polubiłem odkąd poznałem umiejętności meszek.

ETAP 33.
DNIA 10.07.07. SZWECJA. DYSTANS

ETAP 34. DNIA
11.07.07. SZWECJA. DYSTANS
Sundvall osiągnęliśmy o dziesiątej

ETAP 35.
DNIA 12.07.07. SZWECJA. DYSTANS
Nie było mowy, by zasnąć. Raz po raz przyjeżdżały, to wyjeżdżały
jakieś samochody, trwały jakieś rozmowy. Wstaliśmy zgodnie z planem o północy.
Ruszyliśmy o pierwszej trzydzieści. Deszcz nas obficie zmoczył, nim zdążyliśmy
założyć deszczowe kurtki. Po dwudziestu kilometrach okazało się, że dalej już
jechać nie można, znowu zakaz ruchu rowerów. Kluczymy bocznymi drogami. Zimno.
O siódmej schodzimy bez pytania do otwartej stodoły. Andrzej robi ciepłą kawę,
ja zmieniam mokrą odzież. Trochę przejaśnia, o dziesiątej przestaje padać.
Ruszamy. Nie mogę opanować senności. Bronię się powtarzając w kółko „nie śpij,
bo się zabijesz”… Ocknąłem się na poboczu po lewej stronie szosy. Schodzę z
trasy. Obok jakiś warsztat. Zdejmuję paletę ze stosu i ucinam drzemkę. Budzi
mnie rozmowa obok. Wyjaśniam co się
stało pytając zarazem o jakąś kawiarnię w pobliżu. Spij spokojnie, za pól
godziny będzie kawa. Wypijam cztery kubki. Były również regenerujące siły
„zielone” jabłuszka. Andrzej wprawdzie nie zasnął ale chyba nie dużo brakowało
bo zostawił termos i musiał wracać

ETAP 36.
DNIA 13.07.07. SAWECJA. DYSTANS
Wcześniej rozbiliśmy namioty. Trzeba było odespać trudy
wczorajszego etapu. Przedtem zmieniliśmy łańcuchy, jak zawsze po tysiącu
przejechanych kilometrów. Etap monotonny. Pod koniec dnia spotkaliśmy młodą
Niemkę samotnie podróżującą samochodem, z rowerem w bagażniku. Będziemy się
jeszcze spotykać na trasie. Sympatyczna dziewczyna, zawsze cieszyliśmy się z
kolejnego spotkania.
ETAP 37.
DNIA 14.07.07. SZWECJA. DYSTANS
Dziś mamy typowo kolarską pogodę. Pochmurno, bez wiatru. Kręcimy
bez przerwy

ETAP 38.
DNIA
Trasę na północ traktujemy jako tranzyt. Wprawdzie E4 biegnie
wzdłuż zachodniego wybrzeża, ale morza za pasem lasów po prawej najczęściej nie
widać.

ETAP 39.
DNIA 16.07.07. SZWECJA. DYSTANS
Następnego dnia spaliśmy do piątej. Trzeba podkręcić tempo i
wydłużyć dzienny dystans. Andrzej ma zabukowane miejsca na wczasach na początku
sierpnia. Ruszyliśmy więc ostro. Coś trzasnęło w moim rowerze. Szprycha,
krzyknąłem do Andrzeja. To tylko coś w przerzutce, zawyrokował. Ucieszyłem się
z tak postawionej diagnozy. Jechało się ciężko, nie nadążałem za moim kolegą,
zostawałem pod małe nawet górki. Podczas pierwszego odpoczynku przepraszałem
Andrzeja, że opadłem tak nagle z sił w sytuacji, kiedy do domu daleko i termin
powrotu ściśle ustalony. Podczas drugiego postoju, kiedy deszcz przestał nieco
padać, zatrzymaliśmy się na zwodzonym moście, żeby pstryknąć zdjęcie. Ruszyłem
pierwszy. Koło masz scentrowane, zakomunikował Andrzej. Ucieszyłem się bardzo,
zrozumiałem bowiem przyczynę mojej słabości. Siedemdziesiąt kilometrów na
hamulcu! Przycupnęliśmy pod dachem domku kampingowego, bo deszcz wisiał znowu
nad głową. Ja zająłem się tylnym, Andrzej przednim kołem. Muszę pilnie poszukać
nowej opony.

ETAP 40.
DNIA 17.07.07. SZWECJA. DYSTANS
O ósmej przestaje nas prześladować od kilku dni na drogowskazach Haparanda.
Wreszcie mamy ją. Ładne graniczne miasteczko podzielone po połowie z Finlandią.
Przy pomocy fińskiego turysty ustalamy dalszą marszrutę. Następny dzień
zapowiada się również deszczowo, więc staramy się wysuszyć na plecach
przemoknięte ubrania przed dotarciem na biwak. Przed Oulu trafiliśmy w dobre
ręce. Czerpiąc zapas wody pytaliśmy gdzie możemy rozbić namioty, a oni odparli:
dlaczego nie tu? Sezon grzewczy się już rozpoczął, więc możemy podsuszyć swoje
ubrania w ocieplanym garażu. Jarno i Hanna zapraszają na grilla, jest także
piwo. Rano uraczeni śniadaniem i mocną kawą, w dobrych nastrojach ruszamy na
południe w kierunku Helsinek.

ETAP 41.
DNIA 18.07.07. FINLANDIA. DYSTANS
Oulu nie było dla mnie zbyt szczęśliwe. Na skrzyżowaniu mocno
ruszam z miejsca. Tak mocno, że stopa spada z pedału dotkliwie raniąc piszczel.
Po zwiedzeniu miasteczka opuchlizna jest już na tyle znaczna, że radzono mi
wizytę w miejscowym szpitalu. Było po drodze. Chirurg zezwolił na kontynuację
podróży zalecając aplikację jakiegoś medykamentu, który musiałem wykupić w
aptece. Cieszyłem się, nie chciałem wracać do domu. Zmierzamy do Tampere. Droga
w permanentnym remoncie. Wiele kilometrów jedziemy wybojami po zerwanej
nawierzchni drogi. Uciekamy na boczne drogi ale i te się kończą wkrótce.
Zwiększając tempo i dzienne dystanse zyskujemy trochę czasu na zapas. Choć
musimy dodatkowo nadrobić sto kilometrów, decydujemy się wrócić na zachód do
wybrzeży Bałtyku, by móc oglądnąć największe perełki Finlandii, Vasę i Turku. Jest
późno. Chronimy się za stodołą rolników by odgrodzić się trochę od hałasu
położonej blisko drogi.

ETAP 42.
DNIA 19.07.07. FINLANDIA. DYSTANS

ETAP 43.
DNIA 20.07.07. FINLANDIA. DYSTANS
Ósemką dojeżdżamy do Vaasa nad Zatoką Botnicką. Jesteśmy zatem na
południowej trasie wybrzeża Bałtyckiego. Pod
ETAP 44.
DNIA 21.07.07. FINLANDIA. DYSTANS
Jest chłodno. Ciągniemy ostro do Pori dając sobie zmianę na
prowadzeniu, co godzinę.

ETAP 45.
DNIA 22.07.07. FINLANDIA. DYSTANS

ETAP 46.
DNIA 23.07.07. FINLANDIA. DYSTANS
Do Turku docieramy wczesnym przedpołudniem. Zwiedzamy zamek,
promenadę na której odbywa się festiwal muzyczny. Miasteczko nie robi
spodziewanego wrażenia. Przecież to dawna stolica. Atrakcją stały się
przystanki na lody. To jedyny posiłek który się w Skandynawii zawsze opłacał.
Kupujemy dwulitrowe opakowanie w cenie dwóch lodów na patyku, przecinamy pudło
i każdy pałaszuje swoją połowę. Tyle kalorii na raz, za dziesięć złotych! Za
trzy tygodnie będę już w domu. Nie odczuwam zmęczenia mimo, że utraciłem
wszystkie zapasy tłuszczu i niemal widać przez skórę kości.

ETAP 47.
DNIA 25.07.07. FINLANDIA. DYSTANS
Do Helsinek staramy się dotrzeć w miarę wcześnie. Nie jest łatwo,
bo „ósemka” zamienia się w autostradę i musimy kluczyć bokami. Znowu najechałem
na coś, centruję koło i łatam w przednim kole 4 (cztery) dziury, tak zwane dwa
„ukąszenia węża”. Wreszcie Helsinki. Ścieżek rowerowych dużo ale jechać po
nich, tragedia. Wysokie krawężniki, na chodnikach w poprzek rynny
odprowadzające wodę. Drogi zawsze wyprowadzą cię tam, gdzie byś sobie nie
życzył. Z panoramy miasta oglądamy ważniejsze miejsca stolicy. Po drodze
parlament, piękny dworzec kolejowy w centrum z kasynem gry, sklepami,
zakamarkami w których możesz odpocząć. Udajemy się do centrum informacji
turystycznej. Gdzie spać tej nocy? Do pola namiotowego

ETAP 48.
DNIA 26.07.07. FINLANDIA. DYSTANS
Na jednym terminalu nie możemy zapłacić kartą z powodu awarii
systemu, pięć kilometrów dalej, na estońskim bukujemy bilety za 38 Euro na ósmą
trzydzieści

ETAP 49.
DNIA 27.07.07. ESTONIA. DYSTANS
Prom opuszczamy w deszczu. Najpierw wizyta w markecie, bo wczoraj
jechaliśmy na sucho. Kupić można tu wszystko nie patrząc wcale na ceny. Są po
prostu normalne. Trzeba też kupić nową oponę. Teraz można udać się na starówkę.
Jest rzeczywiście piękna, pełna życia, radosnych turystów z całego świata.
Towarzyszy nam duże zainteresowanie. Robią nam zdjęcia, zadają pytania,
gratulują. To bardzo miłe doświadczenie. Późnym popołudniem opuszczamy tą
perełkę Bałtyku. Nadal jest zimno, deszczowo. Wkrótce musimy zejść z trasy, bo
przemokliśmy solidnie. Lokujemy nasze namioty nad brzegiem Bałtyku.

ETAP 50.
DNIA 28.07. ESTONIA. DYSTANS
Przelotne deszcze nie skłaniają nawet do zakładania peleryny.
Krótkie przemoczenia schną natychmiast przy silnym wietrze i raz po raz
wyłaniającym się spoza chmur słońcu. W Parnau możemy wreszcie usiąść w
restauracji. Zamawiamy pierwszy od początku naszej wyprawy obiad i piwo.
Namioty stawiamy nad morzem w lesie. Jest także butelka whisky po kolacji.
Jutro wjedziemy na teren Łotwy.

ETAP 51.
DNIA 29.07.07. ŁOTWA. DYSTANS
Pada od rana. Mijamy granicę i droga wyraźnie wskazuje, że
jesteśmy w innym, nieco biedniejszym kraju. Wkrótce zatrzymujemy nasz konwój, by
ogrzać się i posilić w pierwszym napotkanym gospodarstwie. Początkowo możemy
schować się pod ogrodowy namiot. Chwilę później domownicy częstują gorącą
herbatą i zapraszają do mieszkania. Odmawiamy, bo zwyczajnie ociekamy wodą.
Trochę cieplej było na werandzie, dokąd chyba z litości nas zagoniono. Przed
nami ambitny plan dotarcia do przyczółka Rygi. Pędzimy drogą północ-południe o
dużym natężeniu ruchu. Trzymamy wysokie tempo jazdy. Andrzej siedzi na kółku.
Nagle poczułem uderzenie w tył mojego roweru i przeraźliwy krzyk. Pomyślałem o
najgorszym. Natychmiast zeskoczyłem z roweru. Andrzej leżał w poprzek drogi
zajmując ze swoją przyczepką cały pas ruchu. Tuż za nim zatrzymał się nagle
samochód osobowy, wkrótce kilka następnych. Skończyło się niegroźnymi otarciami
i pękniętym kaskiem. Można mówić o szczęśliwym zbiegu okoliczności. Jedna z
pasażerek samochodu przeżegnała się na widok leżącego Andrzeja. Nie było
różowo. Wkrótce pogorszyła się pogoda i ja złapałem przednią gumę. Ale cóż to
za zmartwienie.

ETAP 52.
DNIA 31.07.07. ŁOTWA. DYSTANS
Ryga nie wywarła a na nas szczególnego wrażenia. A może nic nam
się tego dnia nie podobało. Dokonaliśmy niezbędnych zakupów. Andrzej zniszczone
buty, ja utracone w Helsinkach wsteczne lusterko, obydwaj nowe deszczowe
ochraniacze na buty. Przemierzyliśmy miasto wzdłuż i w szerz. Nie można
powiedzieć że je zwiedziliśmy, ale zaliczyliśmy na pewno.

ETAP 53.
DNIA 30.07.07. ŁOTWA. DYSTANS
Silny wiatr powoduje, że z trudem poruszamy się do przodu. Zatem
wieczór nastał szybciej niż zwykle. Ujechaliśmy nie dużo, kiedy skręciliśmy do
posesji na bunkrowanie wody do picia i mycia. Biwak zamierzaliśmy rozbić w
lesie. Zapytaliśmy gdzie możemy znaleźć takie piękne miejsce i znowu padła
odpowiedź pytająca: dlaczego nie tu? Woow, rozbiliśmy namioty za warzywną
folią. Wkrótce starsza pani doniosła miskę warzyw i owoców. Może herbaty albo
kawy, a może być whisky też. Spojrzeliśmy z niedowierzaniem, samogon? Pół
godziny później ucztowaliśmy już przy suto zastawionym stole. Najadłszy się do
syta, Dace – córka starszej pani udekorowała stół dużą butelką dobrej markowej
whisky. Dace i Andrzej raczyli się alkoholem czyli whisky z Cocą, ja zaś w
zgodzie z regułami piłem whisky z wodą. Po pierwszej szklaneczce, staraliśmy
się ukłonić i powiedzieć dobranoc. Jeszcze na drugą nóżkę, zachęcała Dace. Po
trzeciej udawaliśmy że wystarczy, ale nasza gospodyni wzięła to za żart. Pół
godziny przed północą zgasiliśmy światło. Na śniadanie jak na zdjęciu poniżej,
jajecznica na boczusiu. Las Vegas!

ETAP 54.
DNIA 01.08.07. ŁOTWA. DYSTANS
Rano zmiana łańcuchów, klejenie dętek, strzyżenie, no i przed
pożegnaniem miłych gospodarzy, kawa. Ruszyliśmy w południe. Gdy pada deszcz
nigdy się nie zatrzymujemy, nie chowamy, ale tutaj na nierównościach kiepskiej
drogi gromadzą się małe jeziorka i jesteśmy permanentnie kąpani w strugach
unoszonej przez koła samochodów wody. Co chwilę pada, to przestaje, a po każdym
deszczu należy trochę odczekać by owe jeziorka przeschły. Kiedy już tak się stanie,
zaczyna od nowa. Wreszcie ruszyliśmy na dobre. Już po kilku kilometrach okazało
się, że w tym rejonie gdzie się obecnie znaleźliśmy nie spadła nawet kropla
deszczu. Straciliśmy zatem mnóstwo czasu. Przy drodze przekupki sprzedają
owoce, warzywa. My kupujemy kurki i jajka. Szukamy dobrej kucharki. We wsi
mieszka Łotyszka z polskim rodowodem. W promieniu stu kilometrów jedyna
władająca ojczystym językiem dziadków. Podczas kolacji wspominaliśmy stare,
dobre czasy po obu stronach granicy.

ETAP 55. DNIA
02.08.07. ŁOTWA. DYSTANS
Pogoda nas nie rozpieszcza ostatnio. Codziennie towarzyszą nam
południowe, silne wiatry. Ciągniemy wytrwale do przodu. Droga jak każda w tym
kraju dziurawa, więc trudno poruszać się w deszczu. Zatrzymuję się pod dachem werandy
małego domku. Andrzej pod pałatką obok. Dobrze byłoby zakończyć ten dzień
układając się w ciepłych śpiworach pod namiotem już teraz. Ale nie otrzymujemy
zgody na kawałek trawki przed domem a nawet sto metrów dalej, na polu
gospodarzy. Boją się nas. Okoliczny las nie jest sprzyjającym terenem ze
względu na jego poszycie. Ubieramy ciepłe, deszczowe kurtki i postanawiamy
opuścić ten kraj. Granicę osiągamy pod wieczór. Ciągle pada. Ruszam więc ostro
aby znaleźć się najbliżej Kłajpedy jeszcze przed zmierzchem. Jestem na
przedmieściu, ale nie ma Andrzeja. Już nie czekam tak długo bo wiem, że
odpuścił. Aprowizowałem się w supermarkecie, namiot rozbiłem obok ośrodka
wczasowego.

ETAP 56.
DNIA 03.08.07. LITWA. DYSTANS
Spotkaliśmy się na deptaku obok biura informacji turystycznej.
Andrzej wycofuje się z wyścigu. Musi pędzić na skróty, by zdążyć na czas do
domu. Odpuszcza Kowno, Wilno i rusza przez Marienpol do Suwałk i dalej
pociągiem do Szczecina. Muszę mu pogratulować hartu ducha. To przecież on czasem
wyciągał mnie z dołka, choć to jego pierwsza wyprawa. Przez kolejne dni będzie
zdobywał nowe doświadczenia. Może w następną podróż wybierze się sam. Ja też
przez kilka następnych dni będę cieszył się nieograniczoną wolnością. Teraz
wszystko zależy tylko i wyłącznie od każdego z nas. Kłajpeda nie oczarowała
mnie swoją urodą. Jest zaniedbana, wymaga inwestycji. Po południu ruszam
samotnie. Siedemdziesiąt kilometrów dalej znajduję osadę, którą chlubiło się
dawne imperium. Zapraszano tu delegacje z całego kraju by pokazać „kak swabodno
żywiot czieławiek”. Zagadałem do pierwszej na drodze babuszki. Choć urodziła
się tutaj, ma polskie korzenie. W mieszkanku pijemy wieczorową herbatkę,
rozmawiamy godzinkę. Namiot i kolacja obok osiedla, na trawce pod rozłożystym
drzewem. Czego chcieć jeszcze?

ETAP 57.
DNIA 04.08.07. LITWA. DYSTANS
Dzisiaj muszę zdobyć przyczółek Kowna. Po drodze trafiam na
miejscowy odpust, odwiedzam zamek na wzgórzu, spotykam holenderskiego samotnego
rowerzystę. Ciągle jadę wzdłuż koryta Niemna. Koniecznie pragnę się nad nim
przespać. Droga i koryto rzeki oddalają się od siebie, by dwadzieścia
kilometrów przed Kownem znowu się zbliżyć. Trzeba skręcić na prawo by osiągnąć
nurt rzeki. Znajduję się na wysokości

ETAP 58.
DNIA 05.08.07 LITWA. DYSTANS
Kowno posiada dużo zabytków, ładną starówkę. Strudzony siadam w
ogródku przy kawiarnianym stoliku. Czy można dosiąść? zagadnął jakiś
przechodzeń. Piliśmy piwo, rozmawialiśmy o wszystkim co interesowało obie
strony, a potem Rimgaudas zaprosił mnie do małej restauracji na degustację
starolitewskiej kuchni. Cepelin przypomina nasze pyzy ziemniaczane. Podobnie
przyrządzony, podobnie bardzo smaczny. Jeszcze jedno duże piwo i tym razem
także nie miałem szansy by uregulować rachunek. Krótki wspólny spacerek i trzeba
ruszać by zdążyć przed zmierzchem. Rzeka Niemen przyciąga jak magnez, więc i
tym razem ułożyłem się blisko jej nurtu na trawce w ogródku gospodarza.

ETAP 59.
DNIA 06.08.07 LITWA. DYSTANS
Dzisiaj muszę podjechać jak najbliżej Wilna. Po drodze miłe
spotkanie z podróżującym polskim duetem kolarskim a także litewską rodzinką w
pubie małego miasteczka. Podjechałem tak blisko jak chciałem ale za blisko,
żeby znaleźć miejsce na namiot. Wszędzie pełno żulików pijących piwko w
zaułkach przedmieścia, ciekawych niecodziennego turysty. Dalej nieprzystępny,
porośnięty górzysty las. Zagajam panią Wandę. Mówi trochę po polsku, pomaga w
trudnej sytuacji wyboru miejsca na nocleg. Już późno, więc rezygnuje ze swoich
dzisiejszych planów wyjazdu do miasta, prowadzi mnie do lasu gdzie mieszka jej
znajomy. Zostaję przy furtce zaniedbanego domu. Słysząc rozmowę wnioskuję, że
szanse moje topnieją do zera. Wchodzę na teren posesji i zaczynam pertraktację
na własne ryzyko. Wyciągam z kieszeni piersiówkę, zapewniam, że ulotnię się
wczesnym rankiem. Na twarzy Wladimira ukazuje się tajemniczy uśmiech. Mam
zgodę, mogę wybrać dowolne miejsce na terenie zarośniętego ogrodu. Buduję swoje
gospodarstwo. Mam zaproszenie do werandy, gdzie czeka już flaszeczka litewskiej
wódki, kiełbasa, ser, owoce i sok, czyli popitka. Jest też Wiktor, z wyboru
bezdomny, mieszkający kątem u Wladimira. Gospodarz mówi łamaną polszczyzną
toteż wieczór przeciągnął się do dwudziestej drugiej. Podziękowałem i ułożyłem
się do snu w swoim namiocie. Pan Jan, chodź do mnie w komnatu, zapraszał
uparcie oczekujący obok namiotu Wiktor. Nie pomagały żadne wykręty.
Skapitulowałem. Postawił szklaneczkę na stole. Przyniosę plastikowy kubek,
przynajmniej czysty, pomyślałem. Obraził się. Ja tiebja budu riezać kak nie wypijesz z mojego sztakańca. Hm, po co ma
się paprać, pomyślałem. Nie było łatwo. Miałem jeszcze zjeść cepelina ale udało
się wykręcić. Pożegnaliśmy się o północy. O czwartej pojawił się znowu ze swoim
pieskiem pod namiotem. Pan Jan, może piwo? Wstaję o szóstej oznajmiłem
stanowczo. Kawa czy herbata? usłyszałem o właściwej już porze. To czy owo, tak
i siak w tym samym kubku, nie ma wyboru. Ugotowałem swoją makaronową, kiedy
Wiktor przyniósł gorącego cepelina z łyżką margaryny. Nie odjedziesz jak się nie
ugościsz. Schowałem się w namiocie, owinąłem cepelina w torebkę na później,
pozostawiając na znak sytości resztę w misce. Kundelek wylizał ją do czysta
potwierdzając jego wspaniałe walory smakowe. Później piorę miski w szamponie,
wyjaśnił Wiktor, ale przecież piesek ma czysty język. Zgodziłem się zupełnie.
Ubrany w służbowy uniform, z miotłą pod pachą odprowadził mnie na drogę, poczym
uścisnęliśmy się jak dwaj starzy przyjaciele. Dojechałem do centrum
szczęśliwie, bowiem ruch na ulicach wymagał szczególnej uwagi i
ostrożności.

ETAP 60.
DNIA 07.08.07. LITWA. DYSTANS
Wilno jest miastem kościołów. Dwadzieściadwa z nich są obiektami
zainteresowania turystycznego. To nowoczesna, piękna stolica z szerokimi ulicami
a także uroczą starówką. Wszyscy to wiemy. Miasto opuszczam przed zachodem
słońca, by zdążyć uwić sobie gniazdko na odpoczynek po strudzonym dniu. Jak
zwykle wyjazd zajmuje sporo czasu, ale zdążyłem jeszcze nim słońce skryło się
za horyzontem. Doświadczam ostatnich uprzejmości życzliwych słowian,
uszczelniam benzynową kuchenkę, no i od kilku dni mogę wreszcie zasnąć na
nowym, zakupionym w Wilnie materacu.

ETAP 61.
DNIA
Droga do Polski nie była prosta. Zabłądziłem na jakiejś krzyżówce.
Wjechałem na boczną drogę i nim się zorientowałem, było już za późno by wracać.
Droga asfaltowa się skończyła i zaczęła szutrowa. Nie dało się jechać. Koła
wcinają się w miękkie podłoże, ciężko prowadzić. Pytam spieszącej babci na
przystanek autobusowy, ile kilometrów jeszcze? Chwilę się zastanawia, pewnie
powie z dziesięć. Uf, tylko cztery. Jeszcze Alytus, kawa na ryneczku i ruszam
dalej. Granicę przekraczam wieczorem. Jestem w Polsce. Dziesięć kilometrów
trzeba jechać z tirami drogą do Suwałk by wreszcie znaleźć się w Szypliszkach.
Wydaje mi się, że pani Renata oraz jej mama Barbara są pierwszymi na tej ziemi
moimi bliskimi. Ogórkowa, faworki na deser, tak jak bym był w domu. Namiot
rozkładam obok przy drodze. Rano kawa pobudzi mnie do ostatniego wysiłku, nim
dotrę do domu.

ETAP 62.
DNIA 09.08 - 17.08 POLSKA. DYSTANS DO SZCZECINA
Polskie etapy to czas triumfu, zwycięstwa nad własną słabością,
dowartościowanie. Nie było łatwo i nie byłem zupełnie pewny, czy nie zdarzy coś
nieprzewidywalnego. Kontuzja, awaria sprzętu, które uniemożliwią dotarcie do
celu wyprawy. Wielokrotnie spotkałem się na polskiej ziemi z wyrazami szacunku,
a czasem podziwu, uznania. W Bisztynku jakiś mężczyzna zatrzymał się za mną na
ryneczku samochodem. Podszedł do mnie, choć pewnie wiedział już dużo z tylnego
fostera, dopytywał o więcej. Przepraszam, powiedziałem na koniec rozmowy,
zatrzymałem się by kupić w sklepie banany, śmietanę. Nie pozwolił, jest pan moim
gościem odparł, czego sobie życzy pan jeszcze? To bardzo miłe. Żeby tego
doświadczyć, trzeba było tego dokonać. Jechałem spokojnie odwiedzając po drodze
swoich krewnych. Także we wszystkich miejscach, gdzie się zatrzymywałem na noc,
czułem wśród tych ludzi bliskość i ciepło ich serc. Wyprawa zakończyła się
siedemnastego sierpnia w Szczecinie reportażem TVP3.

koniec