A

   6940 km w 70 dni

 dookoła norwegii i bałtyku

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ETAP 1. DNIA 08.06.07. ZE SZCZECINA. DYSTANS 88 KM.

O dziewiątej spotkaliśmy się na przejściu granicznym w Lubieszynie. Pierwsze niepowodzenia zanotowałem w chwilę po starcie. Przed Neubrandenburgiem przykułem uwagę do mojego GPSa najeżdżając na leżący na szosie niewielki kamień. Dwie dziury w przednim kole, dwa koła scentrowane. Gorąco, 36 stopni w cieniu. Hamuję za Andrzejem, nie wypinam się z bloków SPD no i pierwszy upadek. Wprawdzie prędkość zero, ale uszkodziłem przerzutkę. Jestem przeziębiony, boli gardło. Szukamy miejsca na biwak, ale lasów tu nie ma, pola obsiane zbożem. Znajdujemy rżysko po skoszonej łące. Lokujemy się za balotami kiszonki opodal drogi. Naprawiam pierwsze uszkodzenia: koło, dętkę i przerzutkę. W mocno upchanym bagażu pękła miska, czyli moja łazienka, z wiaderka plastykowego wylał się cały zapas roztopionego smalcu impregnując przy okazji bukłak, magazyn żywności. Na domiar złego jestem trochę chory i przez następne dwa tygodnie zużyję prawie cały zapas podręcznej apteczki. Ktoś w nocy kręci się blisko namiotów. Chyba gospodarz pola ale udajemy, że śpimy.

 

 

 

ETAP 2. DNIA 09.06.07. NIEMCY. DYSTANS 96 KM.

Przygnębienie po pierwszym dniu podróży minęło. Andrzej doświadcza pierwszego obtarcia pośladka. Ogarniają nas wątpliwości. Zwiedzamy Neubrandenburg. Wieczorem znajdujemy małe jeziorko na wsi. Miły kontakt z miejscowymi mieszkańcami. Doradzają jak trafić i rozbić namioty na plaży. Andrzej zażywa kąpieli. Słonecznie i bardzo gorąco. O 5.30 pobudka. O ósmej ruszamy do Rostoku. Po drodze pierwsza wymiana doświadczeń z napotkanymi turystami.

 

 

 

ETAP 3. DNIA 10.06.07. DANIA. DYSTANS 101 KM.

Prom Steneline do Gedser w Danii rusza o trzynastej. Przedtem błądzimy trochę, zwiedzając Rostok. Na samochodowym pokładzie promu mocujemy rowery z całą zawartością bagażu, także dokumenty i pieniądze. Zmieniamy mentalność wierząc, że możemy zaufać obiegowym opiniom. Droga do przedmieść Kopenhagi z powodu słońca wyciska z nas ostatnie krople potu. Czas poszukać miejsca na biwak. Mijamy dwukilometrowy most nad cieśninami duńskimi i zatrzymujemy się w najbliższym dogodnym dla spoczynku miejscu. Zaglądamy do pozornie opuszczonego domku. Nikogo nie ma, choć wszystko wskazuje na to, że ktoś tu mieszka. Odmierzamy zatem obowiązkowe 100 metrów i ustawiamy namioty na łące. Andrzej ciągle leczy otarcia, ja walczę z przeziębieniem. Kładziemy się spać. Niedziela, późny wieczór. Z pobliskiego, wydawałoby się opuszczonego domku słychać polskie chóralne „takie czarne oczy”. Nasi powracają do pracy. O szóstej nie chce się jeszcze wstać. Andrzej proponuje jeden dzień na izbie chorych. O jedenastej musimy opuścić nasz obóz, ustępując miejsca dużej grupie szkolnej.

 

 

 

ETAP 4. DNIA 11.06.07. DANIA. DYSTANS 75 KM.

Upał. Próbujemy złapać trochę cienia. Skręcamy w boczną osiedlową uliczkę. Rzucamy na przydrożny trawnik płachtę. Andrzej odpoczywa w cieniu drzewa, ja udaje się z życzliwą Dunką po zapas wody do picia. Rozmowa jest pełna życzliwości. Korzystam z podarowanej mapy Kopenhagi i okolic. Mniej szczęścia miał Andrzej. Młoda para, właściciele posesji obok strofują go za to, że gniecie piękny przydomowy trawnik. Upał, odpoczniemy i zaraz ruszymy dalej, tłumaczymy zobowiązując się nawet uczesać trawę. Widać zażenowanie na ich twarzach, głupio im. Nic się nie stało, w porządku, nie ma problemu, tłumaczą umykając za furtkę swojej rezydencji. Ruszamy w kierunku Kopenhagi. Dwadzieścia kilometrów przed stolicą Andrzej korzysta z kolejnej kąpieli tym razem w cieśninach duńskich, jak się okaże, ostatniej podczas naszej podróży. Przy życzliwej pomocy znajdujemy miejsce spoczynku opodal plażowego parkingu. Rano Andrzej poddaje się operacji usunięcia kleszcza.

 

  

 

ETAP 5. DNIA 12.06.07. KOPENHAGA. DYSTANS 78 KM.

W centrum stolicy jesteśmy o 10.30. Na zmianę warty musimy zdążyć do dwunastej. Potem Syrenka no i Christiana. W 1971 roku tereny opuszczonych koszar zajęły hipisowskie grupy i ogłosiły je wolnym miastem. Ciągle czuje się tu atmosferę ”dzieci kwiatów” wolnomyślicieli wszelkiej maści. Narkotyki można nabyć wszędzie, byle poza zasięgiem wzroku stróżów prawa. Widziałem uzbrojony patrol, ale nie ma on wiele do powiedzenia w tej osobliwej części stolicy. Zapytaj, zanim zrobisz zdjęcie, to jedno z wielu obowiązujących zasad tej artystycznej bohemy. Na koniec Stroget deptak w centrum miasta, przegląd światowej mody okrywającej swoimi kreacjami wszystkie kolory skóry. O piętnastej opuszczamy Kopenhagę. Co parę kilometrów strzelają w górę lasy masztów cumowanych tu morskich jachtów. Nigdzie więcej nie zauważyłem ich tak wiele. Widać, że mają warunki i kochają ten rodzaj przyjemności. Na biwak wybieramy za pozwoleniem, z wolna opuszczaną na przedmieściu stolicy plażę.

 

 

 

ETAP 6. DNIA 13.06.07. SZWECJA. DYSTANS 77 KM.

W duńskim Helsingor wysypujemy ostatnie centy z naszych kieszeni. Żegnamy już Danię. Podróż na drugi brzeg, do Helsinborga to zaledwie dwadzieścia kilometrów promem. Opuszczamy prom i ruszamy tranzytem w kierunku Norwegii. Mapę zdobyliśmy w centrum informacji turystycznej. Wkrótce okazało się, że większość dróg nie akceptuje obecności rowerzystów. Kluczymy więc lokalnymi drogami, zawsze w dobrym stanie i małym ruchu. Okazuje się, że Szwecja wcale nie jest taka płaska. Drogi wspinają się 200 metrów w górę by potem nagle opadać w dół. O dziewiętnastej jesteśmy blisko plaży. Teren komunalny, a tablica informuje, że nie możemy rozbić namiotów nad brzegiem Bałtyku. Otrzymujemy zgodę miłej Dunki na lokalizację przy domku letniskowym.

 

 

 

ETAP 7. DNIA 14.06.07. SZWECJA. DYSTANS 83 KM.

Zimno. Tylko 15 stopni. Zabrnęliśmy w ślepy zaułek. Musimy dostać się na drugą stronę autostrady. Najpierw jedziemy w ciemno osiem kilometrów by przedostać się na drugą stronę rzeki. Podobno jest kładka, ale rzeka szeroka i nic takiego nie ma. Na brzegu przymocowane łańcuchami łodzie. Kombinujemy jak wypożyczyć łódkę, w końcu decydujemy wracać. Błądzimy leśnymi duktami, szutrówką, wreszcie znajdujemy tunel, chyba dla żab. Jesteśmy po drugiej stronie autostrady. Staramy się unikać lokalnych dróg. Tam gdzie nas nie wyganiają jedziemy najkrótszą drogą. Często się udaje. Turbulencje obciążonego mocno roweru sprawiają, że pęka bagażnik. Szybko znajdujemy warsztat remontowy i możemy spokojnie kontynuować podróż. Chociaż usługi cenione są tu bardzo wysoko, nie płacę ani grosza. Wszystko załatwia plakat z tyłu bagażnika mówiący sam za siebie. Wszędzie tam, gdzie traktują nas szczególnie łaskawie zostawiam pocztówkę zawierającą plan podróży, namiary i zaproszenie do Szczecina. Wieczorem jajecznica koniecznie na boczku, bo w Szwecji uważanym jeszcze za tani, płacimy w przeliczeniu 35 zł /kg . Śpimy na polu obok stodoły w której suszymy mokre ubrania.

 

 

 

ETAP 8. DNIA 15.06.07. SZWECJA. DYSTANS 101 KM.

Jedziemy na północ. Jeszcze w miarę płasko. Robimy zbyt małe dystanse. Dyscyplinuję Andrzeja. Mamy przecież tylko dwa miesiące. Nie jesteśmy na wczasach. Wieczorem zatem osiągniemy już niezły wynik. Przed nami zatrzymuje się samochód, bo flaga na naszych bolidach wyraźnie wskazuje, że jedziemy z Polski. To nowa emigracja. Chwalą sobie tutaj życie na niezłym poziomie. Wstyd im tylko z powodu napływających wszelkiej maści nieudaczników, próbujących żyć z kradzieży i żebractwa. Przygnębieni, bo nosimy ze sobą wyraźny symbol przynależności państwowej, szukamy miejsca na nocleg. Wszystkie tereny dokładnie otoczono drutem, wskazującym teren prywatny. Pilotuje nas napotkany cyklista w dojrzałym wieku. Znajdujemy zagrodę. Przytulają nas na łączce przynależnej do posesji. Gospodyni zaprasza do łazienki, bierzemy prysznic, potem gospodarz przynosi piwko, pizzę i orzeszki. Pierzemy ciuszki w strumyczku, rozwieszamy na czym się da a potem okazje się zawsze, że czegoś w naszym ekwipunku brakuje.

 

 

 

ETAP 9. DNIA 16.06.07. SZWECJA. DYSTANS 102 KM.

Do Goteborgu dotarliśmy rankiem. Miasto bardzo rozciągnięte. Centrum miasta to jakby jego obraz w pigułce. Wjeżdżamy rozpędem do następnego miasteczka, bo z górki i mały ruch na ulicach. Na środku ulicy czerwone muchomory, ale ładne myślę sobie. To pułapka. Kapelusze są wypukłe, mają ograniczać szybkość, zostaję zatem ukarany pękniętą szprychą, scentrowanym kołem no i jakby kara została złagodzona, bo nie skończyło się bolesnym upadkiem. Wieczorem szukamy przystrzyżonej trawki. Zachęceni przez gospodarza lokujemy się na jego ogródku nieopodal dyskoteki. Hałasy mieszane z muzyką milkną szczęściem jeszcze przed północą. Wieczorem i w nocy padało, więc koło naprawiam rano. W porannej szarudze gubię słoneczne okulary i wcale się z tego powodu nie martwię, bo już teraz widział będę lepiej.

 

 

 

ETAP 10. DNIA 17.06.07. SZWECJA. DYSTANS 100 KM.

Zatrzymaliśmy się na chwilę. Usiedliśmy na ławce dla posiłku. Szybko zwiedziały się okrutne meszki. Nim dotarliśmy do rowerów wyglądaliśmy jak po ospie. Na szczęście tylko twarze, bo zimno i jesteśmy dobrze ubrani. Ładne jeziorko przy drodze, już późno, więc rzucamy namioty nad wodą. Historia się powtarza. Ale gdzie uciekać? Podjeżdża samochód z łodzią kanou na dachu. Uprzejmy Szwed obiecuje przywieźć wodę do picia i ratuje sztyftem przeciw meszkom. Za godzinę cieszymy się już obiecaną wodą, a także otrzymujemy owocową pizzę z dedykacją od małżonki. Wszystko wręczone przez córeczkę, która przyjechała, żeby nas przy okazji oglądnąć.

 

 

 

ETAP 11. DNIA 18.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 79 KM.

Szwecję pożegnaliśmy o dziewiątej rano. Na białym tle flagi na naszym maszcie, niebieski krzyż zmienił kolor na czerwony. Jesteśmy w Norwegii. Pierwsze doświadczenia przyszły szybko. Chleb, kefir, kiepskie parówki, margaryna i coś tam do smarowania chleba, wszystko za ekwiwalent 50 złotych. Zmęczeni stromymi podjazdami lokujemy się za radą dobrych ludzi nad jeziorkiem na skraju miasteczka. Wieczorem zobaczyliśmy szarżującego w naszym kierunku starszego pana. Będzie źle, pomyśleliśmy. Dobrze nam tu, na drzewie suszą się nasze rzeczy, podpalamy cygaro i spijamy z deputatu codzienną zakrętkę wyborowej. Nie poddajemy się. Zagroził policją. Zgodziliśmy się grzecznie, poczym wkrótce zniknął w oddali. Uff.

 

 

 

ETAP 12. DNIA 19.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 73 KM.

Droga na skróty w kierunku na Oslo wiedzie częściowo trasą MTB. Pięć kilometrów trzeba przebyć niezwykle trudną drogą. Na posiłek zatrzymujemy się obok przydrożnej posesji.  Gospodyni przynosi kawę z kropelką whisky. Zjawia się też mąż. Choć nie zauważamy agresji, taktycznie zmykamy mu z oczu. Następne zaopatrzenie w supermarkecie Coop. Przed wejściem rozmawiamy z turystami z Ameryki. Małżeństwo z córeczką, która obserwuje nas bacznie, wyrokuje nieśmiało i z wątpliwością: ojciec i syn? Ubawiłem się, bo wreszcie ktoś to głośno zauważył. Zapytałem Andrzeja wchodząc do marketu czy kupić mu lizaka czy misia? W Norwegii chleb kosztuje średnio 9 zł. Pytam ekspedientki gdzie jest ten za 3,50? Już nie ma, odpowiada. Będzie jutro rano. Jutro rano będę już w Oslo, a dalej jedziemy do Trondheim i wokół Bałtyku. Otworzyła szeroko oczy: To ja dam ci ten chleb za 3,50. Ależ ja nie chcę, ale musisz upiera się. Nie dałem rady, musiałem. Taka jest magiczna siła naszego przedsięwzięcia. Biwak organizujemy na przedmieściu Oslo, nad fiordem.

 

 

 

ETAP 13. DNIA 20.06.07. OSLO. DYSTANS 60 KM.

Trzy razy kleję dętkę. Wadliwa felga tnie gumy od wewnątrz. Pęka także hak przerzutki. Nie przejmuję się. Ostrożnie zmierzamy do niedaleko odległej stolicy. Pół dnia schodzi na szukaniu haka we wszystkich sklepach i serwisach. Nie ma. Znajdują go telefonicznie w Horten, 120 kilometrów na południe. Nie po drodze, ale nie ma innego wyjścia. Proponują by wsiąść do pociągu. Niemal histerycznie odmawiam takiemu rozwiązaniu. Serwisant zabiera szybko rower na warsztat i dwie godziny stara się zabezpieczyć hak na drogę do wskazanego miejsca. Ile płacę? Uśmiecha się tylko i kiwa przecząco głową. Ale przecież…… Good luck! rzuca na pożegnanie z niegasnącym uśmiechem na twarzy. Zostało niewiele czasu na zwiedzanie stolicy. Udaje się jednak zwiedzić zamek królewski z XIII wieku, parlament, śródmieście i takie tam… Ogólnie trochę po arabsku na przedmieściach, czyli brudno i niedbale. Wyjechać z Oslo jest bardzo trudno. Zakaz ruchu rowerów, głębokie torowiska tramwajowe, w których skutecznie decentruję koło, ścieżki rowerowe prowadzą cię tam, gdzie byś nigdy nie chciał. Raz po raz pilotują nas rowerzyści. Wreszcie udało się. Jesteśmy na kursie. Biwakujemy nad jeziorem przy dzikim parkingu. Obok nas trzy samochody z polską rejestracją. Jutro rano naprawię koło, ale dzisiaj już nie mam ochoty nawet na kolację.

 

  

 

ETAP 14. DNIA 21.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 90 KM.

Budzę się w lepszym nastroju. Uprzedzano nas, żebyśmy się przygotowali na dzisiejszy etap. Był trudny, ale udało się bez podchodzenia. Po drodze spotykamy grupy robotników polowych. Zawsze kontrolnie wołamy głośno „dzień dobry”! Kiedy odpowiadają po polsku wiemy, że możemy liczyć na truskawki, sałatę lub po prostu krótką rozmowę. Do Horten musimy przybyć przed szesnastą, zanim zamkną sklepy. Jesteśmy na drodze wzmożonego ruchu. Przed nami tunel długości 1800 metrów. Mamy do dyspozycji wysokie, wąskie pobocze. Zapalamy lampy, ruszamy. Co sto metrów skrzynie techniczne ograniczają szerokość pobocza. Jeśli zawadzimy bagażnikiem, spadniemy prosto pod koła pędzących samochodów. Mnie się udało, ale Andrzeja ciągle nie ma. Widzę przejeżdżający obok samochód policji. Zaniepokojony wracam do tunelu pieszo. Wreszcie jest, prowadzi swój wehikuł w ciemnościach, bo wysokie tiry przesłaniają zawieszone pod sufitem lampy. Wydostaliśmy się na zewnątrz. Andrzej wyjaśnia, że policjanci na jego widok zwolnili ruch w tunelu i kazali mu prowadzić rower pieszo. Na zewnątrz robiliśmy sobie zdjęcia, kiedy pojawił się nagle ten sam radiowóz. Skrzyczeli nas. Szybko wskoczyliśmy na rowery wierząc, że im wcześniej dotrzemy do krzyżówki gdzie oczekują nas na pewno, tym mniejsza spotka nas kara. Musieliśmy wysłuchać w milczeniu długiego wykładu, zobowiązać się do zaopatrzenia w mapki rowerowe, a także stosować do przepisów. Uratowaliśmy 900 koron kary, no i na pewno swoje życie w tunelu. Zaoszczędziliśmy jednak sporo czasu i jesteśmy o czasie w rowerowym serwisie. Hak i regulacja przerzutki kosztują mnie tylko (75 zł) dlatego, że Boniek, Małysz, Wałęsa. Czas już spocząć, więc korzystamy z porady zorientowanych pracowników serwisu i kierujemy się na wskazane miejsce postoju. Jest pięknie, każdy domek z zawieszoną nad drzwiami czerwoną lampką. Już prawie ciemno, i co tu robić?

 

 

ETAP 15. DNIA 22.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 100 KM.

Obudziliśmy się o szóstej. Na ściernisku. Czy to był sen? Podładowaliśmy akumulatory do wszystkich naszych mediów. Zakleiłem kolejną już gumę tylnego koła. Zaczęło padać. Pompujemy koła na stacji benzynowej. Czekamy, może trochę przestanie. To miłe, że ciągle się nami interesują, robią zdjęcia, pytają o trasę. Pokonujemy wciąż duże wzniesienia oraz strome zjazdy. Napotykamy kolejnych turystów rowerowych, tym razem niemiecko-holenderską parę. Wszystkich rowerzystów staramy się zatrzymywać nawet, jeśli nie zdradzają ochoty by porozmawiać. Potem zawsze okazuje się, że nawiązujemy przyjaźń, aby wkrótce się pożegnać, bo zmierzamy w przeciwnym kierunku. Trzeba poszukać wygodnego miejsca do spania. Trzy próby zainstalowania się blisko gospodarzy i trzy porażki. Poza gospodarstwem w opcji jest najczęściej las, a raczej busz porośnięty wysoką trawą, z nierównym podłożem. Wreszcie kolejna próba i udaje się. Jest ściernisko i zgoda. Suszymy nasze przemoknięte ubrania w stodole. Mamy obok w oborze do dyspozycji łazienkę. Jak to różnie w życiu bywa, w jednym tylko kraju.

 

 

 

ETAP 16. DNIA 23.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 90 KM.

Deszcz cały dzień. Za to piękne góry, wodospady, długie kręte podjazdy. Wspinamy się na wysokość 1240 metrów. Spotykamy zawsze sympatycznych ludzi, interesujących się naszą wyprawą. Dzisiaj mijają kolejne, już sześćdziesiąteósme moje urodziny. Spędzimy je u farmera na polu, zakrapiając podwójną zakrętką spirytusu utopionego w kawie i zaciągając się aromatycznym dymkiem cygara. Wszystko mokre, ale jeszcze działa telefon i aparat fotograficzny. Ciągle jeszcze kłopoty z przerzutką. Postanawiam wyeliminować dużą tarczę z przodu. Będę jechał tylko na jednej 46 z przodu. W ośmiorzędowej kasecie mam do dyspozycji największą koronkę 32 do pięciu wyższych przełożeń. Na biwak znajdujemy urocze miejsce przy opuszczonym mimo niedzieli domku letniskowym. Piękne ośnieżone wokół góry są nagrodą za dzisiejszy trud.

 

 

ETAP 17. DNIA 24.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 59 KM.

Straszna noc. Ubierałem się z każdą następną godziną, dopóki starczało suchej, choć cienkiej odzieży. Nie było dużego wyboru. Rano wstałem z chrypą, pewnie z gorączką, bo przeziębienie ciągle nie ustępowało. Wilgotne sakwy pokryte były grubym szronem. Pomyślałem, że wpadłem w pułapkę jak owad zwabiony do kielicha wypełnionego słodkim nektarem. Już się stąd nie wydostanę, pomyślałem. Brakuje jeszcze odnowienia ubiegłorocznej kontuzji kolana. Tutaj, setki kilometrów w górach, nie zdecyduję się wołać o ratunek nim będę pewny, że to już koniec. Wstało słońce. Ogrzało zmarzniętego, załamanego podróżnika. Osuszyliśmy się w zbawiennym słońcu, skleiłem trzykrotnie tą samą dętkę. Ruszyliśmy popołudniu. Siedem kilometrów podjazdu. Po drodze guma jak zwykle z tyłu. Jedziemy cały dzień w otaczającym nas śniegu. Płaskowyż pozbawiony całkowicie roślinności. Trochę tirów, żadnych sklepów. Nareszcie spadamy w dół z owych 1240 metrów do poziomu 850 metrów. Jest niżej, już nie będzie tak zimno w nocy. Wczesnym wieczorem rozbijamy namioty. Bez względu na stan zdrowia i pogodę, codzienna kąpiel „od stóp do głów” jest obowiązkowa. W przeciwnym razie daleko nie ujedziesz. Ubieram na siebie wszystko, co mam. Dobranoc.

 

 

 

ETAP 18. DNIA 25.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 70 KM.

Pobudka o piątej trzydzieści. Zaklejam znowu trzy dziury w jednej i tej samej dętce. To efekt durszlaka, który powstał w wyniku systematycznego osłabiania dętki przez wadliwą obręcz koła. Oklejam ją kilkakrotnie izolacją. Znowu wspinamy się wiele razy pod górki, by ostatecznie przez 12 kilometrów spadać w dół do poziomu Eidfiordu. Po drodze „trzy siostry” piękny wodospad Voringfossen. Wspinaczka na wysokość 430 metrów i opadamy na 230, znajdując tu miejsce na namiot przy brzegu jak wszędzie kryształowego jeziora. Poznajemy mieszkającą tu sympatyczną panią architekt z Nowego Yorku. Jest okazja żeby podładować u niej nasze media, czyli baterie aparatu fotograficznego, telefonu oraz GPS.

 

 

 

ETAP 19. DNIA 26.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 93 KM.

Dziękując za podgrzanie akumulatorów, wymieniliśmy namiary i pożegnaliśmy naszą miłą Felusi. Wjechaliśmy na drogę nr 30. Najpierw mozolnie wspinamy się na wysokość 450 metrów. Podstrzygliśmy nasze włosy i brody w stodole, żeby ludzie się nas nie bali. Ponownie zaczęliśmy wspinać się w górę o kolejne 200 metrów na odcinku dwóch kulometrów. Dodając jeszcze pomniejsze górki znaleźliśmy się na wysokości 1000 metrów. Tutaj, jak za dawnych młodych, durnych i chmurnych lat wypisujemy na śnieżnej ścianie „tu byłem 27.06.2oo7”. Już wieczór, trzeba zatem szybko spaść 1000 metrów niżej, bo na tej wysokości, co już z doświadczenia wiemy, możemy porządnie zmarznąć w nocy. Zjazd jest długi i stromy. Dziesięć kilometrów umyka wyjątkowo szybko. Po drodze mijamy zamarznięte jezioro, trzeba przyhamować, żeby zaobserwować to zjawisko. Szybkość 54 km/godz wydaje się być na granicy bezpieczeństwa. Ciężar blisko pięćdziesięciokilogramowego roweru, a także wąskie opony powodują, że każda mulda, dziura, kamień, stanowią przy tej szybkości poważne zagrożenie. Trzeba się uważnie wpatrywać w każdy szczegół drogi, żeby uniknąć nieszczęścia. Jesteśmy na poziomie zero. Rano przeprawiamy się przez najdłuższy norweski fiord, Sognefjord.

 

 

 

ETAP 20. DNIA 27.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 88 Kkm.

Ruszyliśmy o siódmej, ale po siedmiu kilometrach Andrzejowi łamie się dyszel przyczepki. Transportujemy ją z powrotem na warsztat stacji benzynowej. Usługa wykonana, ale wadliwie. W wyniku negocjacji, nie płacimy żądanych pieniędzy. Będziemy szukać pomocy podczas następnej awarii. Zatrzymujemy się po drodze, by porozmawiać z angielskim podróżnikiem, który rok temu wyruszył w podróż z Przylądka Dobrej Nadziei i wraca teraz do domu. To jest coś!  Przekraczamy fiord na gapę. Bileterzy udają, że nas nie widzą. Choć trzeba płacić, w naszym wypadku 50% czyli po 15 zł z powodu emerytalnego wieku, dwukrotnie przejechaliśmy promem za friko. Także dwukrotnie uiściliśmy należną opłatę. Stoimy przed nowym wyzwaniem. Wspinamy się najpierw na wysokość 300 metrów, by zrelaksować się w kanionie a potem zwolna wznieść się na kolejne 150 metrów. Teraz zaczyna się trudny egzamin. Musimy wspiąć się na kolejne 600 metrów na odcinku 7,5 kilometra. Morderczy wysiłek tym bardziej, że w ramach sprawdzianu postanawiamy pokonać go bez zatrzymywania. Widziałem wzniesione ku górze kciuki pasażerów autobusów wolno jadących z przeciwnej strony. Na ostatniej prostej podjazdu ktoś wołał ze szczytu „do you want cafee?”. Yes, yes, yes, krzyczałem z radością! To Visans i Miejl ze Szwecji czekali na nas z kawą, kanapkami, deserem nie szczędząc gratulacji. Co czuliście na dole podejmując ten wysiłek, zapytał Miejl. Że musimy to zrobić, brzmiała nasza odpowiedź. To duża satysfakcja, ogromny trud który się zawsze opłacał.

 

 

 

ETAP 21. DNIA 28.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 107 KM.

Zafascynowany pięknem nie zrobiłem notatek. Zdjęcia same mówią za siebie, choć w żadnym stopniu nie oddają tego co zarejestrowało oko. Zresztą spójrzcie sami a potem złóżcie tam wizytę.

 

 

 

ETAP 22. DNIA 29.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 95 KM.

Zaczęło się jak zwykle podjazdem pod stromą górkę. Przed nami tunel pod fiordem. Spotykamy grupę Polaków zatrudnionych w jakimś samochodowym warsztacie. Tylko jeden z nich zalecał podjęcie ryzyka przejazdu pod fiordem, reszta była przeciwna podejmowania ryzyka. Decyzja należała do miejscowego sędziego, który absolutnie odradzał łamanie prawa. Objeżdżamy więc fiord dookoła kosztem dodatkowych 40 kilometrów. Nie można żałować, kiedy jest to wynagradzane wspaniałymi widokami. W Stryn rozmawiałem z jakąś wróżką, więc mogłem już spojrzeć przez różowe okulary. Znowu wspinamy się na 360 metrów by następnie ostro zjechać do stacji promowej Hornidal. Namioty stawiamy w miasteczku wewnątrz ośrodka płetwonurków. Mokro. Pośliznąłem się na skarpie. Mały palec u ręki prześwietliłem dopiero w kraju, niestety był pęknięty co nie pozostało beż śladu. O ósmej ruszymy promem do Geirange. 

 

 

 

ETAP 23. DNIA 30.06.07. NORWEGIA. DYSTANS 58 KM.

Dzisiaj przekroczyliśmy najdłuższy norweski fiord. Żeby się dostać na drugi brzeg płacimy po (50 zł) bez ulgi. Piękne wodospady pozwalają zapomnieć, że tak nam drenują kieszenie. Wysokie skalne góry. To niecodzienny widok, niezapomniane wrażenia.

 

 

 

ETAP 24. DNIA 01.07.07. NORWEGIA. DYSTANS 82 KM.

Po przekroczeniu fiordu znaleźliśmy się na początku „drogi Troli”. Tym razem podjazd od łagodnej strony. Trzeba wznieść się na wysokość 860 metrów. Trasa tego etapu urzeka pięknem. Początkowo bardzo stromy zjazd przechodzi w łagodny stok, by opadać na odcinku wielu kilometrów do poziomu następnego fiordu. Nie potrafię oddać piękna a także trudu tego etapu, więc znowu nie napiszę nic więcej.

 

 

 

ETAP 25. DNIA 02.07.07. NORWEGIA. DYSTANS 118 KM.

Wstaliśmy o wpół do szóstej. Pogoda nie chciała się określić. Ubraliśmy się deszczowo. Zatrzymaliśmy się przed tunelem. Nie decydujemy się łamać zakazu i ruszamy na objazdową trasę dookoła, przemierzając kolejno dodatkowe pięćdziesiąt kilometrów. Po rozmowie z napotkanymi motocyklistami z Polski, decydujemy się pojechać „trasę atlantycką”. Po drodze czeka nas następny tunel długości 2840 metrów długości. Alternatywą jest objechanie go trasą około dziesięciu kilometrów, ale trzeba pokonać 400 metrowe wzniesienie. Zapalamy światła. Wjeżdżamy do środka. Tunel jest wentylowany potężnymi turbinami, toteż hałas wewnątrz przy jednoczesnym ruchu ogromnych tirów można porównać do startującego odrzutowca. Na wyjeździe bramka opłat. Samochody płacą w zależności od rodzaju. Motocykliści przejeżdżają bezpłatnie, o rowerach znowu zapomniano. Namioty rozbijamy nad brzegiem Atlantyku, ale naprawdę są to wody morza norweskiego. Kolacja, kawa z prądem i spać.

 

 

 

ETAP 26. DNIA 03.07.07. NORWEGIA. DYSTANS 103 KM.

Wchodzimy na „trasę atlantycką”.  Pierwszy most wisi na wysokości 50 metrów i ma długość 1300 metrów. Bardzo stromy podjazd. Góry są nadal stałym elementem trasy. Napotykamy dwóch niemieckich rowerzystów. Jeden z nich wraca z Nordkap. Kończą się zapasy żywności, więc trochę „na sucho” pokonujemy dzisiejszy etap. Wiatr w nos przez wiele kilometrów powoduje, że zmęczeni przesypiamy godzinę w przydrożnym rowie. Nim ruszymy dalej, załatam dziurę w przednim kole. Ale to nie wystarcza, bowiem po każdym klejeniu okazuje się znajdować nową dziurę i tak trzykrotnie. To efekt już wspomnianego durszlaka. Owijam dodatkowo wadliwą obręcz izolacją. Do Trondheim 132 kilometry.

 

 

 

 

ETAP 27. DNIA 04.07.07. NORWEGIA. DYSTANS 129 KM.

Wiatr nadal utrudnia osiągnięcie kolejnego celu. Andrzejowi łamie się przyczepka, ja tracę tylną dętkę. Transportujemy przyczepę do pobliskiego warsztatu na stacji benzynowej. Po dwóch godzinach naprawy, możemy jechać dalej nie płacąc znowu ani grosza. Jak widać, jesteśmy wszędzie „niezwyczajni”. Zakaz ruchu rowerów, wiatr i deszcz powodują, że nasz biwak rozbijamy dopiero przed północą. Ale zachód słońca dopiero się zaczyna. Z miejsca w którym nocujemy widać wieżę miejskiego ratusza, czyli jesteśmy w samym centrum Trondheim, na skraju szkolnego boiska.

 

 

 

ETAP 28. DNIA 05.07.07. NORWEGIA. DYSTANS 28 KM.

Na podbój dawnej stolicy ruszamy o ósmej. Zwiedzamy stare miasto z piękną katedrą Olafa, stare spichlerze, na targu rybnym kupujemy po dwa świeże śledzie. Wydajemy także ostatnie korony norweskie, bo to nasz ostatni dzień w tym kraju. Nagle jak spod ziemi stają przed nami na ulicy dwie szczęśliwe dziewczyny. Mamy was! Skończyliśmy już pracę, ale dowiedzieliśmy się, że jesteście. Prosimy o wywiad. Emocjom nie było końca. Nie mieliśmy jeszcze nigdy dotąd odpoczynku na trasie naszej wędrówki, więc postanawiamy znaleźć miejsce na jeden dzień przerwy. Przy pomocy naszego GPS, uroczysko znalazło się nad pięknym jeziorem. Wydawało się, że jedynym obecnym na terenie kilku domków weekendowych, jest ujadający na nasz widok pies. Rozbiliśmy namioty. Raj na ziemi. Nagle pojawia się w średnim wieku właścicielka jednego z domków pytając co tu robimy? Ja piorę, kolega smaży rybkę. Ponieważ środa, więc chcemy odpocząć przez następny dzień. Ależ dzisiaj piątek i zaraz będzie tu pełno ludzi, słyszymy. Musicie się wynosić chociaż trochę dalej, obok. Gdzieś nam uciekły dwa dni z kalendarza. Wzięliśmy pod pachy namioty i cały nasz suchy i mokry dobytek. Byliśmy na skraju, w buszu. Załamani faktem, że nie będzie planowanego dnia odpoczynku, pijąc kawę i dymiąc skręta ujrzeliśmy nagle tą samą, jak nam się wydawało wiedźmę. Jeszcze dalej!, zaczęła. Dalej nie można, tłumaczyliśmy. Upierała się tak długo, aż pokłóciliśmy się. Możesz nas zastrzelić a nie ruszymy się stąd, jesteśmy zmęczeni.  Pokiwała przecząco głową, odeszła. Uff.

 

 

 

ETAP 29. DNIA 06.07.07. NORWEGIA. DYSTANS 63 KM.

Spaliśmy do ósmej. Zwinęliśmy namioty, spakowaliśmy wszystko i znów ukazał się przed nami ten sam upiór. Przerażeni czekaliśmy na najgorsze. „I’m sorry, zaczęła. Widzieliśmy was wczoraj w naszej telewizji, to piękne co robicie”. Możecie tu zostać. Napijecie się kawy? Dziękujemy, jesteśmy już po, odparliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Zwykła huśtawka. Sto metrów niżej, żeby za chwilę wspiąć się na tą samą wysokość. To codzienny przekrój trasy aż do opuszczenia pasma gór skandynawskich. Nareszcie schodzimy z E14,  ale tylko na chwilę, bo droga którą chcieliśmy jechać dalej, zajęta jest przez lotnisko. Wracamy na E14, może i dobrze, bo po drodze możemy oglądać wyryte w skale rysunki obrzędów składania ludzi w ofierze sprzed 2000 lat p.n.e. Silny przeciwny wiatr nie pozwala nam ujechać więcej i choć jest dopiero po szesnastej, schodzimy z trasy.

 

 

 

ETAP 30. DNIA 07.07.07. SZWECJA. DYSTANS 104 KM.

Spaliśmy w uroczym miejscu nad rwącą rzeką łososi. Wodę czerpaliśmy z gospodarstwa otartego na oścież. Klucz w drzwiach, ani żywej duszy, choć wszystko pootwierane. Na zewnątrz narzędzia  elektryczne, na domku wiszące wędki do wyboru dla spragnionych wędkowania turystów. Nikt tego nie pilnuje, nikt tego nie kradnie. Jutro opuścimy Szwecję, wydamy ostatnie korony w najtańszej sieci sklepów Lidlu. Można tam usłyszeć polską mowę, oglądać do wyboru bardzo powabne murzynki, kupić niezbędne do przetrwania wiktuały. Skończył się żółty pas po środku drogi oddzielający dwa pasma ruchu. Czyli już jesteśmy w Szwecji.

 

 

 

ETAP 31. DNIA 08.07.07 SZWECJA. DYSTANS 103 KM.

Norwegia nie odpuściła, do końca zmagaliśmy się z górami. Szwecja przywitała nas kapuśniakiem a potem dość obfitym deszczem. Nocleg znaleźliśmy na uboczu gospodarstwa, na łące. Blisko lasu i rzeki. Zaraz zwiedziały się tysiące, miliony meszek. W popłochu rozbiłem namiot. Żadnej kolacji, czy nawet chociażby herbaty. Wewnątrz trzeba było rozprawić się jeszcze z resztą meszek która wtargnęła korzystając z otwartych drzwi. Jak już nie pierwszy raz, jedynym posiłkiem w ciągu dnia była makaronowa rano i parę kanapek po drodze.

 

 

 

ETAP 32. DNIA 09.07.07. SZWECJA. DYSTANS 105 KM.

Ruszamy w deszczu. Choć termometr wskazuje 13 stopni, znacznie odczuwa się chłód. Zakaz ruchu rowerów obliguje nas do zjechania w boczną drogę. Dużo lepiej niż tam, gdzie pędzące tiry wznoszą fontanny wody obok ciebie. Ostersund osiągamy w deszczu. Żadne, nawet najpiękniejsze otoczenie nie robi na tobie miłego wrażenia w taką pieską pogodę. Trochę jednak przestało padać. Przycupnęliśmy na trawniku gospodarskiego ogrodu. Korzystamy z ogrzanej specjalnie dla nas łazienki w sąsiedztwie, żeby podsuszyć nasze ubrania. Jeszcze tylko klejenie dętki, zamiana opon. Komary już nie przeszkadzają jak dawniej, nawet je polubiłem odkąd poznałem umiejętności meszek.

 

 

 

 

ETAP 33. DNIA 10.07.07. SZWECJA. DYSTANS 104 KM.

Rano obudził nas deszczyk, wkrótce pokazało się słońce. Brnęliśmy do przodu pokonując największego wroga rowerzysty, czyli przeciwny wiatr. Deszcz jest dopiero na drugim miejscu a na ostatnim słońce. Najlepsza kolarska pogoda to zachmurzone niebo, bez wiatru. Po drodze tajski pałacyk, cesarski dar królowi Szwecji w dowód przyjaźni zawartej w 1870 roku. Dzisiaj odwiedzają go licznie turyści. Wstęp (35 złotych), za nic. Pozłacana budka, w niej jakieś posążki bożków. „Good busines” tymi dwoma słowami w księdze gości skwitowaliśmy zaradność filipińskich przedsiębiorców. Niespotykaną atrakcją jest podobna jak u nas „Dolina Rospudy” rzeczywiście śliczna, zadbana i dostępna zwiedzającym turystom w szeroko rozumianym znaczeniu tego słowa. Całe sto kilometrów przejeżdżamy nie napotykając żadnego sklepu. Wreszcie jest. Zaopatrujemy się w oczekiwany od dawna boczek, który jak wspomniałem jest tu o połowę tańszy niż u Norwegów, jaja i cebulę. Teraz można sobie zrobić kolację z sześciu tuż obok na boisku w towarzystwie młodej gawiedzi szkolnej.

 

 

 

ETAP 34. DNIA 11.07.07. SZWECJA.  DYSTANS 66 KM.

Sundvall osiągnęliśmy o dziesiątej rano. Dawniej drewniane, spalone w dziewiętnastym wieku, odbudowane z cegły, małe i śliczne jak każde skandynawskie miasteczko. Droga E4, choć często zakazuje się na niej ruchu rowerów, jest jedynym optymalnym szlakiem na północ. Nie ma równoległych, alternatywnych dróg wzdłuż wybrzeża. Udaje nam się ujechać zaledwie dwadzieścia kilometrów i musimy skapitulować. Zakaz ruchu rowerów. Na odcinkach, w których jeden kierunek ruchu ograniczony jest od drugiego stalową barierą z lin, duży wyprzedzający samochód nie ma możliwości zapewnienia ci bezpiecznej odległości. Nam pozostaje często pół metra asfaltu poza linią pobocza, a czasem mniej. Jadę za Andrzejem i włos mi się jeży na głowie. Odpuszczamy. Schodzimy na parking o osiemnastej. Sympatyczny murzynek, szef małej gastronomii częstuje nas kawą i zezwala na rozbicie namiotów obok. Będziemy jechać nocą, kiedy ruch tych olbrzymów jest mniejszy.

 

 

 

ETAP 35. DNIA 12.07.07. SZWECJA. DYSTANS 93 KM.

Nie było mowy, by zasnąć. Raz po raz przyjeżdżały, to wyjeżdżały jakieś samochody, trwały jakieś rozmowy. Wstaliśmy zgodnie z planem o północy. Ruszyliśmy o pierwszej trzydzieści. Deszcz nas obficie zmoczył, nim zdążyliśmy założyć deszczowe kurtki. Po dwudziestu kilometrach okazało się, że dalej już jechać nie można, znowu zakaz ruchu rowerów. Kluczymy bocznymi drogami. Zimno. O siódmej schodzimy bez pytania do otwartej stodoły. Andrzej robi ciepłą kawę, ja zmieniam mokrą odzież. Trochę przejaśnia, o dziesiątej przestaje padać. Ruszamy. Nie mogę opanować senności. Bronię się powtarzając w kółko „nie śpij, bo się zabijesz”… Ocknąłem się na poboczu po lewej stronie szosy. Schodzę z trasy. Obok jakiś warsztat. Zdejmuję paletę ze stosu i ucinam drzemkę. Budzi mnie rozmowa obok.  Wyjaśniam co się stało pytając zarazem o jakąś kawiarnię w pobliżu. Spij spokojnie, za pól godziny będzie kawa. Wypijam cztery kubki. Były również regenerujące siły „zielone” jabłuszka. Andrzej wprawdzie nie zasnął ale chyba nie dużo brakowało bo zostawił termos i musiał wracać 13 kilometrów. Zdążył przed szesnastą, w momencie zamykania warsztatu.

 

 

 

ETAP 36. DNIA 13.07.07. SAWECJA. DYSTANS 105 KM.

Wcześniej rozbiliśmy namioty. Trzeba było odespać trudy wczorajszego etapu. Przedtem zmieniliśmy łańcuchy, jak zawsze po tysiącu przejechanych kilometrów. Etap monotonny. Pod koniec dnia spotkaliśmy młodą Niemkę samotnie podróżującą samochodem, z rowerem w bagażniku. Będziemy się jeszcze spotykać na trasie. Sympatyczna dziewczyna, zawsze cieszyliśmy się z kolejnego spotkania.

 

  

 

ETAP 37. DNIA 14.07.07. SZWECJA. DYSTANS 112 KM.

Dziś mamy typowo kolarską pogodę. Pochmurno, bez wiatru. Kręcimy bez przerwy 56 kilometrów. Odpoczynek w Umea, kolejnym na naszej drodze szwedzkim miasteczku. Ciągniemy następne 50 kilometrów. Spotykamy Ivo, nauczyciela z Tallina zmierzającego na wakacyjną wycieczkę do Norwegii. Choć umówiliśmy się na spotkanie w Tallinie, nie udało się nam skontaktować z powodu jakiejś reformy w krajowej telekomunikacji.

 

 

ETAP 38. DNIA 15.07.07. SZWECJA. DYSTANS 129 KM.

Trasę na północ traktujemy jako tranzyt. Wprawdzie E4 biegnie wzdłuż zachodniego wybrzeża, ale morza za pasem lasów po prawej najczęściej nie widać. Wieczorem próbujemy ukraść kawałek trawki przy upatrzonym domku. Niestety, nie otrzymaliśmy zezwolenia. Nie poddajemy się nigdy. Opodal szosy upatrujemy ładną, gospodarską  posesję. Jest stara stodoła, piękny dom, szopa przy wjeździe. Pukamy do drzwi. Czuje się jakąś obecność, ale nic jej nie zdradza. Już późno, więc rozbijamy namioty opodal szopy przy szlabanie. Przed północą słychać wjeżdżający samochód. Już za późno na negocjacje. O siódmej rano byliśmy gotowi do drogi. Przed nami stanęła sympatyczna pani. Widziałam, że mam gości, ale było późno więc pilnuję, żeby was zobaczyć. Zapraszam na śniadanie. Już odjeżdżamy - wyjaśniam. To weźcie (podaje sto koron) chociaż na śniadanie. Jesteśmy już po, odmawiamy stanowczo przyjęcia pieniędzy. Ale chętnie napijemy się kawy. Ucieszyła się. Czarnej i mocnej, dodałem. Po chwili na werandzie czekały dwa termosy, dla mnie mniejszy z mocną czarną, dla Andrzeja duży z mleczkiem. Piliśmy łapczywie. Przy okazji poskarżyliśmy na ceny używek w Norwegii a także Szwecji (150 koron 200g kawy). Były też śniadaniowe przysmaki i deser na drogę. Ruszyliśmy zostawiając jak zwykle zaproszenie do rewizyty w Polsce. Po dwóch kilometrach drogę zajechał nam samochód, z którego wysiadła poznana wcześniej Marina ze swoją mamą. Roześmiane panienki trzymały w rękach dwa opakowania rozpuszczalnej kawy.

 

 

 

ETAP 39. DNIA 16.07.07. SZWECJA. DYSTANS 145 KM.

Następnego dnia spaliśmy do piątej. Trzeba podkręcić tempo i wydłużyć dzienny dystans. Andrzej ma zabukowane miejsca na wczasach na początku sierpnia. Ruszyliśmy więc ostro. Coś trzasnęło w moim rowerze. Szprycha, krzyknąłem do Andrzeja. To tylko coś w przerzutce, zawyrokował. Ucieszyłem się z tak postawionej diagnozy. Jechało się ciężko, nie nadążałem za moim kolegą, zostawałem pod małe nawet górki. Podczas pierwszego odpoczynku przepraszałem Andrzeja, że opadłem tak nagle z sił w sytuacji, kiedy do domu daleko i termin powrotu ściśle ustalony. Podczas drugiego postoju, kiedy deszcz przestał nieco padać, zatrzymaliśmy się na zwodzonym moście, żeby pstryknąć zdjęcie. Ruszyłem pierwszy. Koło masz scentrowane, zakomunikował Andrzej. Ucieszyłem się bardzo, zrozumiałem bowiem przyczynę mojej słabości. Siedemdziesiąt kilometrów na hamulcu! Przycupnęliśmy pod dachem domku kampingowego, bo deszcz wisiał znowu nad głową. Ja zająłem się tylnym, Andrzej przednim kołem. Muszę pilnie poszukać nowej opony.

 

 

 

ETAP 40. DNIA 17.07.07. SZWECJA. DYSTANS 148 KM   

O ósmej przestaje nas prześladować od kilku dni na drogowskazach Haparanda. Wreszcie mamy ją. Ładne graniczne miasteczko podzielone po połowie z Finlandią. Przy pomocy fińskiego turysty ustalamy dalszą marszrutę. Następny dzień zapowiada się również deszczowo, więc staramy się wysuszyć na plecach przemoknięte ubrania przed dotarciem na biwak. Przed Oulu trafiliśmy w dobre ręce. Czerpiąc zapas wody pytaliśmy gdzie możemy rozbić namioty, a oni odparli: dlaczego nie tu? Sezon grzewczy się już rozpoczął, więc możemy podsuszyć swoje ubrania w ocieplanym garażu. Jarno i Hanna zapraszają na grilla, jest także piwo. Rano uraczeni śniadaniem i mocną kawą, w dobrych nastrojach ruszamy na południe w kierunku Helsinek.

 

 

 

ETAP 41. DNIA 18.07.07. FINLANDIA. DYSTANS 129 KM.

Oulu nie było dla mnie zbyt szczęśliwe. Na skrzyżowaniu mocno ruszam z miejsca. Tak mocno, że stopa spada z pedału dotkliwie raniąc piszczel. Po zwiedzeniu miasteczka opuchlizna jest już na tyle znaczna, że radzono mi wizytę w miejscowym szpitalu. Było po drodze. Chirurg zezwolił na kontynuację podróży zalecając aplikację jakiegoś medykamentu, który musiałem wykupić w aptece. Cieszyłem się, nie chciałem wracać do domu. Zmierzamy do Tampere. Droga w permanentnym remoncie. Wiele kilometrów jedziemy wybojami po zerwanej nawierzchni drogi. Uciekamy na boczne drogi ale i te się kończą wkrótce. Zwiększając tempo i dzienne dystanse zyskujemy trochę czasu na zapas. Choć musimy dodatkowo nadrobić sto kilometrów, decydujemy się wrócić na zachód do wybrzeży Bałtyku, by móc oglądnąć największe perełki Finlandii, Vasę i Turku. Jest późno. Chronimy się za stodołą rolników by odgrodzić się trochę od hałasu położonej blisko drogi.

 

 

 

ETAP 42. DNIA 19.07.07. FINLANDIA. DYSTANS 128 KM.

Rano korygujemy trasę, by wieczorem ponownie osiągnąć wybrzeże. Po drodze uczestniczymy w zlocie 260 motocykli z całej Europy. Kiedyś „Junak” był wybranką mojego serca, potem zastąpiła go moja żona, a teraz moje życie uzależnione jest od dwóch pedałów „Gianta”. Finlandia to normalny kraj, w którym można sobie pozwolić nawet na kupno kurczaka na grilla. Przysiedliśmy na skraju lasu we wsi. Porąbaliśmy jakąś skrzynkę czy stary taboret, bo z fińskiego lasu nie można wydobyć nawet kawałka suchego drewna. Rozpaliliśmy ogień. Uczta była wspaniała. Przygasiliśmy resztę ognia i ułożyliśmy się jak nasycone misie spać. Rano dymiło się jeszcze w naszym piecu. Ściółka sięgała prawie metra w głąb. Ledwo uciułaliśmy trochę wody wieczorem do kolacji i mycia. Czym ten głęboki żar ugasić. Dwie godziny walczyliśmy by nie pozostawić zarzewia ognia w lesie. Znaleźliśmy łopatę do odgarniania śniegu. Przysypaliśmy wypaloną dziurę prawie pół toną piachu. Mogliśmy spokojnie odjechać. Tak nam się przynajmniej zdawało.

 

 

 

ETAP 43. DNIA 20.07.07. FINLANDIA. DYSTANS 127 KM.

Ósemką dojeżdżamy do Vaasa nad Zatoką Botnicką. Jesteśmy zatem na południowej trasie wybrzeża Bałtyckiego. Pod wieczór jak zwykle kombinujemy wyrwać jak najlepsze miejsce na odpoczynek. Wodę dostaliśmy w gospodarstwie, poczęstunek oranżadą i ciastem własnego wypieku też, ale miejsca  musieliśmy szukać dalej. Znajdujemy starą drewnianą szkołę przy drodze. Lokujemy się tak, żeby nie było nas widać z drogi. Wieczorem ktoś przyprowadza do szkolnego garażu samochód. Możecie spokojnie tu mieszkać, oznajmia przybysz. Szkoła przeznaczona jest do rozbiórki metodą spalenia. Możemy spróbować tej nocy, deklarujemy usługę. O mało nie musieliśmy się przenosić. Znowu pada. Cieszymy się, kiedy słyszymy krople deszczu w nocy, o poranku może być tylko lepiej.

 

  

 

ETAP 44. DNIA 21.07.07. FINLANDIA. DYSTANS 116 KM.

Jest chłodno. Ciągniemy ostro do Pori dając sobie zmianę na prowadzeniu, co godzinę. Po południu zaczyna padać. Początkowo deszcz wydawał się przelotny, więc założyłem tylko pelerynę. Wkrótce zmokłem doszczętnie i nie zmieniałem już okrycia. Kurtkę deszczową wolałem pozostawić suchą na noc. Zrobiło się szaro i zimno. Andrzej ukrył się na przystanku autobusowym. Posilił się i odpoczął. Mnie było już wszystko jedno, byłem do cna przemoczony, zziębnięty i nie miałem już nic do jedzenia. Andrzej zaproponował by ujechać jeszcze 20 kilometrów w nadziei, że uda się znaleźć od dawna oczekiwany na naszej drodze sklep, a potem jak zwykle najpóźniej o dziewiętnastej rozbić namioty. Wolałbym zrobić to natychmiast, ale nie byłem sam. Ruszyłem mocno naciskając pedały. Powiewająca peleryna nie pozwalała mi kontrolować w lusterku co się dzieje z tyłu, ale realizowałem nakreślony plan. Byłem rozczarowany, kiedy zatrzymałem się i nie było nikogo za mną. Czekałem jeszcze czterdzieści minut. Robiło się ciemno, podjechałem do najbliższej stacji benzynowej. Była dwudziesta. Zaopatrzyłem się w wodę i otrzymałem zgodę na ustawienie namiotu obok parkingu. Za chwilę odebrałem wiadomość sms „masz człowieka za burtą”. Okazało się, że jesteśmy od siebie około piętnaście kilometrów.

 

 

 

ETAP 45. DNIA 22.07.07. FINLANDIA. DYSTANS 109 KM.

Rano nie rozmawialiśmy z sobą. Żaden z nas nie przyznał się do winy. Ruszyliśmy mocno do przodu. Nie pamiętam, kto jechał pierwszy, ale na pewno była to próba rozerwania zespołu. W Pori tonująca zieleń parków, deptak, kościółek z 1816 roku, skansen drewnianych skandynawskich domków złagodził napiętą sytuację wczorajszego etapu. Staramy się podjechać jak najbliżej Turku. GPS ułatwia nam znalezienie małego jeziorka pośród lasu. Droga szutrowa zamienia się w leśny dukt a potem znajdujemy już tylko ślad samochodu pośród wysokiej trawy. Zatrzymujemy się przed jadącym z przeciwka samochodem. Dalej jechać nie można, teren prywatny, słyszymy. Chcemy się dostać do jeziorka na jedną noc. Moment wahania i samochód cofa dwieście metrów. Dostajemy pięciolitrowy baniak wody pitnej, prawo rozbicia namiotów i ofertę skorzystania z prawdziwej fińskiej sauny. Kaisa odjechała wieczorem oświadczając „zgodziłam się na to wszystko, bo byliście tacy zabawni.” 

 

 

 

ETAP 46. DNIA 23.07.07. FINLANDIA. DYSTANS 127 KM.

Do Turku docieramy wczesnym przedpołudniem. Zwiedzamy zamek, promenadę na której odbywa się festiwal muzyczny. Miasteczko nie robi spodziewanego wrażenia. Przecież to dawna stolica. Atrakcją stały się przystanki na lody. To jedyny posiłek który się w Skandynawii zawsze opłacał. Kupujemy dwulitrowe opakowanie w cenie dwóch lodów na patyku, przecinamy pudło i każdy pałaszuje swoją połowę. Tyle kalorii na raz, za dziesięć złotych! Za trzy tygodnie będę już w domu. Nie odczuwam zmęczenia mimo, że utraciłem wszystkie zapasy tłuszczu i niemal widać przez skórę kości.

 

 

 

ETAP 47. DNIA 25.07.07. FINLANDIA. DYSTANS 139 KM.

Do Helsinek staramy się dotrzeć w miarę wcześnie. Nie jest łatwo, bo „ósemka” zamienia się w autostradę i musimy kluczyć bokami. Znowu najechałem na coś, centruję koło i łatam w przednim kole 4 (cztery) dziury, tak zwane dwa „ukąszenia węża”. Wreszcie Helsinki. Ścieżek rowerowych dużo ale jechać po nich, tragedia. Wysokie krawężniki, na chodnikach w poprzek rynny odprowadzające wodę. Drogi zawsze wyprowadzą cię tam, gdzie byś sobie nie życzył. Z panoramy miasta oglądamy ważniejsze miejsca stolicy. Po drodze parlament, piękny dworzec kolejowy w centrum z kasynem gry, sklepami, zakamarkami w których możesz odpocząć. Udajemy się do centrum informacji turystycznej. Gdzie spać tej nocy? Do pola namiotowego 12 kilometrów, na dziko do lasu 10. Po wspomnianych ścieżkach nie da się tam dojechać przed północą a tym bardziej wrócić na czas na prom do Estonii.

 

 

 

ETAP 48. DNIA 26.07.07. FINLANDIA. DYSTANS 46 KM.

Na jednym terminalu nie możemy zapłacić kartą z powodu awarii systemu, pięć kilometrów dalej, na estońskim bukujemy bilety za 38 Euro na ósmą trzydzieści rano. Nocleg zatem na trotuarze terminalu. Żeby skrócić czas oczekiwania w tych nietypowych warunkach, wymyślamy program „Helsinki by night”. Ruszamy o dwudziestejdrugiej do centrum. Znajdujemy się ponownie na dworcu kolejowym, ale zupełnie innym niż ten, który poznaliśmy podczas dnia. Wieczorem zamienia się bowiem w spelunę, wokół pełno śmieci, prostytutek, podejrzanych typów, meneli, złodziei. Zostanie zamknięty o pierwszej rano. Pada deszcz. W taką pogodę nie poznamy uroków nocnego życia stolicy. Wracamy. Ciemno mokro i ślisko. Na liściach leżących na ścieżkach nie trudno się pośliznąć. Podczas upadku urywam boczne lusterko i o mało nie ląduję w nurtach portowego kanału. Jest północ. Rozkładamy namioty na trotuarze obok parkingu rowerowego na terminalu. Śpimy do piątej. Rozpalamy kuchenki i gotujemy śniadanie. Tylko ryż na wodzie. Po dwudziestej pierwszej w Helsinkach niczego już kupić nie można. Śpimy do piątej. O ósmej trzydzieści ruszamy promem w osiemdziesięciokilometrową podróż do Tallina.

 

 

 

ETAP 49. DNIA 27.07.07. ESTONIA. DYSTANS 46 KM.

Prom opuszczamy w deszczu. Najpierw wizyta w markecie, bo wczoraj jechaliśmy na sucho. Kupić można tu wszystko nie patrząc wcale na ceny. Są po prostu normalne. Trzeba też kupić nową oponę. Teraz można udać się na starówkę. Jest rzeczywiście piękna, pełna życia, radosnych turystów z całego świata. Towarzyszy nam duże zainteresowanie. Robią nam zdjęcia, zadają pytania, gratulują. To bardzo miłe doświadczenie. Późnym popołudniem opuszczamy tą perełkę Bałtyku. Nadal jest zimno, deszczowo. Wkrótce musimy zejść z trasy, bo przemokliśmy solidnie. Lokujemy nasze namioty nad brzegiem Bałtyku.

 

 

 

ETAP 50. DNIA 28.07. ESTONIA. DYSTANS 124 KM.

Przelotne deszcze nie skłaniają nawet do zakładania peleryny. Krótkie przemoczenia schną natychmiast przy silnym wietrze i raz po raz wyłaniającym się spoza chmur słońcu. W Parnau możemy wreszcie usiąść w restauracji. Zamawiamy pierwszy od początku naszej wyprawy obiad i piwo. Namioty stawiamy nad morzem w lesie. Jest także butelka whisky po kolacji. Jutro wjedziemy na teren Łotwy.

 

 

 

ETAP 51. DNIA 29.07.07. ŁOTWA. DYSTANS 139 KM.

Pada od rana. Mijamy granicę i droga wyraźnie wskazuje, że jesteśmy w innym, nieco biedniejszym kraju. Wkrótce zatrzymujemy nasz konwój, by ogrzać się i posilić w pierwszym napotkanym gospodarstwie. Początkowo możemy schować się pod ogrodowy namiot. Chwilę później domownicy częstują gorącą herbatą i zapraszają do mieszkania. Odmawiamy, bo zwyczajnie ociekamy wodą. Trochę cieplej było na werandzie, dokąd chyba z litości nas zagoniono. Przed nami ambitny plan dotarcia do przyczółka Rygi. Pędzimy drogą północ-południe o dużym natężeniu ruchu. Trzymamy wysokie tempo jazdy. Andrzej siedzi na kółku. Nagle poczułem uderzenie w tył mojego roweru i przeraźliwy krzyk. Pomyślałem o najgorszym. Natychmiast zeskoczyłem z roweru. Andrzej leżał w poprzek drogi zajmując ze swoją przyczepką cały pas ruchu. Tuż za nim zatrzymał się nagle samochód osobowy, wkrótce kilka następnych. Skończyło się niegroźnymi otarciami i pękniętym kaskiem. Można mówić o szczęśliwym zbiegu okoliczności. Jedna z pasażerek samochodu przeżegnała się na widok leżącego Andrzeja. Nie było różowo. Wkrótce pogorszyła się pogoda i ja złapałem przednią gumę. Ale cóż to za zmartwienie.

 

 

 

ETAP 52. DNIA 31.07.07. ŁOTWA. DYSTANS 81 KM.

Ryga nie wywarła a na nas szczególnego wrażenia. A może nic nam się tego dnia nie podobało. Dokonaliśmy niezbędnych zakupów. Andrzej zniszczone buty, ja utracone w Helsinkach wsteczne lusterko, obydwaj nowe deszczowe ochraniacze na buty. Przemierzyliśmy miasto wzdłuż i w szerz. Nie można powiedzieć że je zwiedziliśmy, ale zaliczyliśmy na pewno.

 

 

 

ETAP 53. DNIA 30.07.07. ŁOTWA. DYSTANS 56 KM.

Silny wiatr powoduje, że z trudem poruszamy się do przodu. Zatem wieczór nastał szybciej niż zwykle. Ujechaliśmy nie dużo, kiedy skręciliśmy do posesji na bunkrowanie wody do picia i mycia. Biwak zamierzaliśmy rozbić w lesie. Zapytaliśmy gdzie możemy znaleźć takie piękne miejsce i znowu padła odpowiedź pytająca: dlaczego nie tu? Woow, rozbiliśmy namioty za warzywną folią. Wkrótce starsza pani doniosła miskę warzyw i owoców. Może herbaty albo kawy, a może być whisky też. Spojrzeliśmy z niedowierzaniem, samogon? Pół godziny później ucztowaliśmy już przy suto zastawionym stole. Najadłszy się do syta, Dace – córka starszej pani udekorowała stół dużą butelką dobrej markowej whisky. Dace i Andrzej raczyli się alkoholem czyli whisky z Cocą, ja zaś w zgodzie z regułami piłem whisky z wodą. Po pierwszej szklaneczce, staraliśmy się ukłonić i powiedzieć dobranoc. Jeszcze na drugą nóżkę, zachęcała Dace. Po trzeciej udawaliśmy że wystarczy, ale nasza gospodyni wzięła to za żart. Pół godziny przed północą zgasiliśmy światło. Na śniadanie jak na zdjęciu poniżej, jajecznica na boczusiu. Las Vegas!

 

 

 

ETAP 54. DNIA 01.08.07. ŁOTWA. DYSTANS 126 KM.

Rano zmiana łańcuchów, klejenie dętek, strzyżenie, no i przed pożegnaniem miłych gospodarzy, kawa. Ruszyliśmy w południe. Gdy pada deszcz nigdy się nie zatrzymujemy, nie chowamy, ale tutaj na nierównościach kiepskiej drogi gromadzą się małe jeziorka i jesteśmy permanentnie kąpani w strugach unoszonej przez koła samochodów wody. Co chwilę pada, to przestaje, a po każdym deszczu należy trochę odczekać by owe jeziorka przeschły. Kiedy już tak się stanie, zaczyna od nowa. Wreszcie ruszyliśmy na dobre. Już po kilku kilometrach okazało się, że w tym rejonie gdzie się obecnie znaleźliśmy nie spadła nawet kropla deszczu. Straciliśmy zatem mnóstwo czasu. Przy drodze przekupki sprzedają owoce, warzywa. My kupujemy kurki i jajka. Szukamy dobrej kucharki. We wsi mieszka Łotyszka z polskim rodowodem. W promieniu stu kilometrów jedyna władająca ojczystym językiem dziadków. Podczas kolacji wspominaliśmy stare, dobre czasy po obu stronach granicy.

 

 

 

ETAP 55. DNIA 02.08.07. ŁOTWA. DYSTANS 118 KM

Pogoda nas nie rozpieszcza ostatnio. Codziennie towarzyszą nam południowe, silne wiatry. Ciągniemy wytrwale do przodu. Droga jak każda w tym kraju dziurawa, więc trudno poruszać się w deszczu. Zatrzymuję się pod dachem werandy małego domku. Andrzej pod pałatką obok. Dobrze byłoby zakończyć ten dzień układając się w ciepłych śpiworach pod namiotem już teraz. Ale nie otrzymujemy zgody na kawałek trawki przed domem a nawet sto metrów dalej, na polu gospodarzy. Boją się nas. Okoliczny las nie jest sprzyjającym terenem ze względu na jego poszycie. Ubieramy ciepłe, deszczowe kurtki i postanawiamy opuścić ten kraj. Granicę osiągamy pod wieczór. Ciągle pada. Ruszam więc ostro aby znaleźć się najbliżej Kłajpedy jeszcze przed zmierzchem. Jestem na przedmieściu, ale nie ma Andrzeja. Już nie czekam tak długo bo wiem, że odpuścił. Aprowizowałem się w supermarkecie, namiot rozbiłem obok ośrodka wczasowego.

 

 

 

ETAP 56. DNIA 03.08.07. LITWA. DYSTANS 108 KM.

Spotkaliśmy się na deptaku obok biura informacji turystycznej. Andrzej wycofuje się z wyścigu. Musi pędzić na skróty, by zdążyć na czas do domu. Odpuszcza Kowno, Wilno i rusza przez Marienpol do Suwałk i dalej pociągiem do Szczecina. Muszę mu pogratulować hartu ducha. To przecież on czasem wyciągał mnie z dołka, choć to jego pierwsza wyprawa. Przez kolejne dni będzie zdobywał nowe doświadczenia. Może w następną podróż wybierze się sam. Ja też przez kilka następnych dni będę cieszył się nieograniczoną wolnością. Teraz wszystko zależy tylko i wyłącznie od każdego z nas. Kłajpeda nie oczarowała mnie swoją urodą. Jest zaniedbana, wymaga inwestycji. Po południu ruszam samotnie. Siedemdziesiąt kilometrów dalej znajduję osadę, którą chlubiło się dawne imperium. Zapraszano tu delegacje z całego kraju by pokazać „kak swabodno żywiot czieławiek”. Zagadałem do pierwszej na drodze babuszki. Choć urodziła się tutaj, ma polskie korzenie. W mieszkanku pijemy wieczorową herbatkę, rozmawiamy godzinkę. Namiot i kolacja obok osiedla, na trawce pod rozłożystym drzewem. Czego chcieć jeszcze?

 

 

 

ETAP 57. DNIA 04.08.07. LITWA. DYSTANS 167 KM.

Dzisiaj muszę zdobyć przyczółek Kowna. Po drodze trafiam na miejscowy odpust, odwiedzam zamek na wzgórzu, spotykam holenderskiego samotnego rowerzystę. Ciągle jadę wzdłuż koryta Niemna. Koniecznie pragnę się nad nim przespać. Droga i koryto rzeki oddalają się od siebie, by dwadzieścia kilometrów przed Kownem znowu się zbliżyć. Trzeba skręcić na prawo by osiągnąć nurt rzeki. Znajduję się na wysokości 250 metrów ponad jej korytem. Zjeżdżam zatem w dół, znajduję wodę do picia w osadzie. Dwa kilometry dalej wśród bezdroża znajduję także brzeg rzeki. Jestem szczęśliwy. Jest późno. Nim zrobi się ciemno, muszę jeszcze wykonać niezbędne prace serwisowe mojego roweru. Rozbijam namiot, gotuję kolację kiedy jest już ciemno. Kładę się przed północą. Skąd nagle pojawił się jakiś pojazd, oświetlił reflektorem mój namiot, chwilę potem umilkł nim zdążyłem wygrzebać się ze środka? Niebo pokryte chmurami, ciemno. W wypadkach zagrożenia uzbrajam się zawsze po zęby. Czołówka, sztylet, gaz. Przez pół godziny nasłuchuję jeszcze, z kim mogę mieć do czynienia. Potem przytulam do poduszki. Rano, tuż obok namiotu widoczna głęboka koleina jednośladu.

 

 

 

ETAP 58. DNIA 05.08.07 LITWA. DYSTANS 132 KM.

Kowno posiada dużo zabytków, ładną starówkę. Strudzony siadam w ogródku przy kawiarnianym stoliku. Czy można dosiąść? zagadnął jakiś przechodzeń. Piliśmy piwo, rozmawialiśmy o wszystkim co interesowało obie strony, a potem Rimgaudas zaprosił mnie do małej restauracji na degustację starolitewskiej kuchni. Cepelin przypomina nasze pyzy ziemniaczane. Podobnie przyrządzony, podobnie bardzo smaczny. Jeszcze jedno duże piwo i tym razem także nie miałem szansy by uregulować rachunek. Krótki wspólny spacerek i trzeba ruszać by zdążyć przed zmierzchem. Rzeka Niemen przyciąga jak magnez, więc i tym razem ułożyłem się blisko jej nurtu na trawce w ogródku gospodarza.

 

 

 

ETAP 59. DNIA 06.08.07 LITWA. DYSTANS 119 KM.

Dzisiaj muszę podjechać jak najbliżej Wilna. Po drodze miłe spotkanie z podróżującym polskim duetem kolarskim a także litewską rodzinką w pubie małego miasteczka. Podjechałem tak blisko jak chciałem ale za blisko, żeby znaleźć miejsce na namiot. Wszędzie pełno żulików pijących piwko w zaułkach przedmieścia, ciekawych niecodziennego turysty. Dalej nieprzystępny, porośnięty górzysty las. Zagajam panią Wandę. Mówi trochę po polsku, pomaga w trudnej sytuacji wyboru miejsca na nocleg. Już późno, więc rezygnuje ze swoich dzisiejszych planów wyjazdu do miasta, prowadzi mnie do lasu gdzie mieszka jej znajomy. Zostaję przy furtce zaniedbanego domu. Słysząc rozmowę wnioskuję, że szanse moje topnieją do zera. Wchodzę na teren posesji i zaczynam pertraktację na własne ryzyko. Wyciągam z kieszeni piersiówkę, zapewniam, że ulotnię się wczesnym rankiem. Na twarzy Wladimira ukazuje się tajemniczy uśmiech. Mam zgodę, mogę wybrać dowolne miejsce na terenie zarośniętego ogrodu. Buduję swoje gospodarstwo. Mam zaproszenie do werandy, gdzie czeka już flaszeczka litewskiej wódki, kiełbasa, ser, owoce i sok, czyli popitka. Jest też Wiktor, z wyboru bezdomny, mieszkający kątem u Wladimira. Gospodarz mówi łamaną polszczyzną toteż wieczór przeciągnął się do dwudziestej drugiej. Podziękowałem i ułożyłem się do snu w swoim namiocie. Pan Jan, chodź do mnie w komnatu, zapraszał uparcie oczekujący obok namiotu Wiktor. Nie pomagały żadne wykręty. Skapitulowałem. Postawił szklaneczkę na stole. Przyniosę plastikowy kubek, przynajmniej czysty, pomyślałem. Obraził się. Ja tiebja budu riezać kak  nie wypijesz z mojego sztakańca. Hm, po co ma się paprać, pomyślałem. Nie było łatwo. Miałem jeszcze zjeść cepelina ale udało się wykręcić. Pożegnaliśmy się o północy. O czwartej pojawił się znowu ze swoim pieskiem pod namiotem. Pan Jan, może piwo? Wstaję o szóstej oznajmiłem stanowczo. Kawa czy herbata? usłyszałem o właściwej już porze. To czy owo, tak i siak w tym samym kubku, nie ma wyboru. Ugotowałem swoją makaronową, kiedy Wiktor przyniósł gorącego cepelina z łyżką margaryny. Nie odjedziesz jak się nie ugościsz. Schowałem się w namiocie, owinąłem cepelina w torebkę na później, pozostawiając na znak sytości resztę w misce. Kundelek wylizał ją do czysta potwierdzając jego wspaniałe walory smakowe. Później piorę miski w szamponie, wyjaśnił Wiktor, ale przecież piesek ma czysty język. Zgodziłem się zupełnie. Ubrany w służbowy uniform, z miotłą pod pachą odprowadził mnie na drogę, poczym uścisnęliśmy się jak dwaj starzy przyjaciele. Dojechałem do centrum szczęśliwie, bowiem ruch na ulicach wymagał szczególnej uwagi i ostrożności.   

 

 

 

ETAP 60. DNIA 07.08.07. LITWA. DYSTANS 88 KM

Wilno jest miastem kościołów. Dwadzieściadwa z nich są obiektami zainteresowania turystycznego. To nowoczesna, piękna stolica z szerokimi ulicami a także uroczą starówką. Wszyscy to wiemy. Miasto opuszczam przed zachodem słońca, by zdążyć uwić sobie gniazdko na odpoczynek po strudzonym dniu. Jak zwykle wyjazd zajmuje sporo czasu, ale zdążyłem jeszcze nim słońce skryło się za horyzontem. Doświadczam ostatnich uprzejmości życzliwych słowian, uszczelniam benzynową kuchenkę, no i od kilku dni mogę wreszcie zasnąć na nowym, zakupionym w Wilnie materacu.

 

 

ETAP 61. DNIA 08.08.07. LITWA. DYSTANS 169 KM.

Droga do Polski nie była prosta. Zabłądziłem na jakiejś krzyżówce. Wjechałem na boczną drogę i nim się zorientowałem, było już za późno by wracać. Droga asfaltowa się skończyła i zaczęła szutrowa. Nie dało się jechać. Koła wcinają się w miękkie podłoże, ciężko prowadzić. Pytam spieszącej babci na przystanek autobusowy, ile kilometrów jeszcze? Chwilę się zastanawia, pewnie powie z dziesięć. Uf, tylko cztery. Jeszcze Alytus, kawa na ryneczku i ruszam dalej. Granicę przekraczam wieczorem. Jestem w Polsce. Dziesięć kilometrów trzeba jechać z tirami drogą do Suwałk by wreszcie znaleźć się w Szypliszkach. Wydaje mi się, że pani Renata oraz jej mama Barbara są pierwszymi na tej ziemi moimi bliskimi. Ogórkowa, faworki na deser, tak jak bym był w domu. Namiot rozkładam obok przy drodze. Rano kawa pobudzi mnie do ostatniego wysiłku, nim dotrę do domu.

 

 

 

ETAP 62. DNIA 09.08 - 17.08 POLSKA. DYSTANS DO SZCZECINA  724 KM.

Polskie etapy to czas triumfu, zwycięstwa nad własną słabością, dowartościowanie. Nie było łatwo i nie byłem zupełnie pewny, czy nie zdarzy coś nieprzewidywalnego. Kontuzja, awaria sprzętu, które uniemożliwią dotarcie do celu wyprawy. Wielokrotnie spotkałem się na polskiej ziemi z wyrazami szacunku, a czasem podziwu, uznania. W Bisztynku jakiś mężczyzna zatrzymał się za mną na ryneczku samochodem. Podszedł do mnie, choć pewnie wiedział już dużo z tylnego fostera, dopytywał o więcej. Przepraszam, powiedziałem na koniec rozmowy, zatrzymałem się by kupić w sklepie banany, śmietanę. Nie pozwolił, jest pan moim gościem odparł, czego sobie życzy pan jeszcze? To bardzo miłe. Żeby tego doświadczyć, trzeba było tego dokonać. Jechałem spokojnie odwiedzając po drodze swoich krewnych. Także we wszystkich miejscach, gdzie się zatrzymywałem na noc, czułem wśród tych ludzi bliskość i ciepło ich serc. Wyprawa zakończyła się siedemnastego sierpnia w Szczecinie reportażem TVP3.

 

 

 

koniec