przemyśl - krym

 wyprawa                 

 

 

Świat się zmienia. Także Ukraina. Za rok będzie już inna, za dziesięć nie poznacie jej. Trzeba więc jechać teraz. Ruszam z Andrzejem (patrz wyprawa dookoła Bałtyku) siódmego września z Przemyśla. Stąd tylko sto kilometrów do Rawy Ruskiej. Siedemdziesiąt lat wcześniej tam się właśnie urodziłem. Trzy miesiące później, to małe miasteczko zostało zajęte przez wojska niemieckie, a pod koniec września znalazło się pod okupacją sowiecką. W mieście istniało getto i wymordowana została cała żydowska ludność. Wszak jestem Polakiem, lepiej było z tego piekła uciekać. Wróciliśmy do Wielkopolski i już nigdy później nie widziałem swego gniazda. To było inspiracją wyprawy na Ukrainę. Reszta jest przy okazji.

 

   

 

Trasa wyprawy biegła z Przemyśla przez Rawę Ruską, Lwów, Iwano-Frankowsk, Kołomyje, Czerniowce, Kamieniec Podolski, Chmielnicki, Winnice, Umań, Odessę, Mikołajew, Herson, Armańsk, Symferopol, Bachczyasaraj, Jałtę, Ałusztę i ponownie do stolicy Krymu Symferpola gdzie zakończymy podróż. Razem dwa tysiące czterdzieści pięć kilometrów wspaniałej przygody.

 

Dzień zero, 07.09.2009, kilometrów 18.             

Ze Szczecina ruszyliśmy na start pociągiem. Wspiera mnie zawsze moja córka Dagmara, na zdjęciu na wrocławskim dworcu. Trzynaście godzin później byliśmy w Przemyślu. W przemyskim kantorze: 35 polskich groszy = 1 ukraińska hrywna. Ciemno już. W świetle reflektorów dotarliśmy do Medyki. Przyczailiśmy się na podwórku sympatycznej rodzinki, tuż przy przejściu granicznym. Mój rower z wyposażeniem waży 47 kg, Andrzeja 53.

 

 

 

Dzień pierwszy, 08.09.2009, kilometrów 79.

Wczesnym rankiem przekroczyliśmy granicę. Dlaczego do Lwowa przez Rawę Ruską, pytali miejscowe ukraińskie mrówki. Na tym rowerze nie dojedziesz. To już drugie ostrzeżenie. Pierwsze otrzymałem od kierowców tirów ustawionych w kolejce poprzedniego wieczora pod szlabanem granicy, „nie masz już opon” brzmiało jak wyrocznia. Muszę, tam się urodziłem. To i tam umrzesz, jak oczywiście dojedziesz, żartowali sobie. Andrzej analizując nasze dzisiejsze rozmowy i pamiętając jeszcze wczorajsze prognozy zasugerował, by zrezygnować z Rawy. Po chwili namysłu, zgodziłem się. Ruszyliśmy, ale już po trzydziestu kilometrach drogi na Lwów skręciliśmy na północ, na moją Rawę. Ukraińcy mają kompleksy, drogi wprawdzie dziurawe, ale da się przejechać. Towarzysza Lenina można jeszcze gdzieniegdzie spotkać, ale niemal wszystkie pomniki zastąpione zostały Szewczenką. Wieczorem rozbiliśmy pierwszy obóz dwadzieścia kilometrów przed celem. Dla podtrzymania rosyjskiej tradycji, wypiliśmy za pomyślność naszej wyprawy.

 

 

 

Dzień drugi, 09.09.2009, kilometrów 79.

O siódmej wieczorem, po przestawieniu zegarków robiło się już szaro. O siódmej rano, zaczynało świtać. Mamy każdego dnia najwyżej dziesięć godzin aktywnej podróży. Ale za to we wrześniu jest już po sezonie, mniej turystów i taniej. Ruszyliśmy o dziewiątej. Ugotowanie śniadania, upchanie wszystkiego w niewielkie sakwy, oraz złożenie i zapakowanie namiotu zajmuje minimum 90 minut. Na rozbicie obozu z kolacją aż do zasunięcia zamków namiotu, wystarczy tylko 60. Ale trzeba jeszcze wypić należne po każdym etapie piwko i zapalić miętusa bo tutaj tanie jak ukraiński barszcz. Przed południem przekroczyliśmy rogatki Rawy Ruskiej. Małe, śpiące miasteczko tętni życiem tylko na miejscowym bazarze. Sędziwa babuszka, z którą rozmawiam nie pamięta już, kto tu mieszkał przed wojną. Spełniłem swoje marzenie, ujrzałem rodzinne gniazdo. Opuszczałem je ze smutkiem, ale bez żalu. Napotkany pan Kosmałek z Lublina mieszka i pracuje tutaj już sześć lat, a to znaczy, że moje miasteczko ma w sobie jakiś tajemny czar.

 

 

 

Dzień trzeci, 10.09.2009, kilometrów 82.

Wyznaczyliśmy sobie ostatnią wieś siedem kilometrów przed Lwowem, na nocleg. Niestety była to już sypialnia tego pięknego polskiego grodu. Żadnego miejsca na ustawienie namiotu. Z pomocą miejscowych kobitek znajdujemy kawałek wolnego placu. Wiktor buduje tu sklep przemysłowy. Rozbijamy namioty w towarzystwie młodej gawiedzi. Częstujemy czekoladą, oni rewanżują się plastrem arbuza, pomidorem i papryką. Jeszcze muszę wrócić na rogatki po piwo bo wylosowaliśmy w pociągu, że w dni parzyste polecenia w sprawach spornych wydaje Andrzej, a w pozostałe, mścił się będę ja. Wieczorem jest zimno, ale rano jeszcze bardziej. Obrazki przydrożnego handlu jak ten poniżej, można spotkać na Ukrainie wszędzie.

 

  

 

Dzień czwarty, 11.09.2009, kilometrów 85.

Ruch spory, drogi dojazdowe nienajlepsze. Ni stąd ni zowąd znaleźliśmy się w samym centrum Lwowa. „Witam turystów z Polski”, można usłyszeć dość często. Jednak krótka znajomość najczęściej zmierza do zaoferowania prywatnej kwatery. Czasami zagadnie młody człowiek żeby w końcu po krótkim spacerze upomnieć się o swoje honorarium. Liczne polskie wycieczki wsłuchują się w opowieści przewodników, a my dołączamy dyskretnie by wyłowić to, czego nie znaleźliśmy w naszych notatkach. Plakat z tyłu mojego bagażnika i dumnie powiewająca na maszcie polska bandera, są zaproszeniem do wielu miłych spotkań w każdym zakątku naszej wędrówki. W południe trzeba się napić najlepiej parzonej tu kawy, w małej kawiarence u Wirmenka. Kto nie ma simloka w swoim telefonie komórkowym płaci prawie 7 zł za minutę do Polski w roamingu naszego operatora. Jeśli kupisz kartę startową w „calyświat” płacisz do kraju 35 groszy  i masz wszystkie telefony na Ukrainę przez miesiąc za darmo. Pod wieczór opuszczamy Lwów. Planujemy trasę na swoich GPS i każdy z nich proponuje inną wersję. Wpadliśmy w prawdziwą kołomyję i wydostanie się poza miasto zajmuje nam sporo czasu. Udało się nam ujechać jeszcze 10 km i znaleźliśmy miejsce na namioty w przydrożnym ogródku. „Cygany przyjechały” mówili przechodnie mijając za płotem nasz tabor. Gospodarz zaprzeczał, ale nas to bawiło. Wkrótce zrobiło się ciemno. Zostaliśmy zaproszeni na racuchy z konfiturą i pierożki z nadzieniem. Rano także nie ominęło nas śniadanie. Mocna kawa i ruszamy na południe.

 

 

 

Dzień piąty, 12.09.2009, kilometrów 86.

Przed Iwano-Frankowskiem wyczerpujące siły, góry Zakarpacia. Kiedy wspinamy się na szczyt zastanawiamy się zawsze, co będzie za nim. Odpowiedź była niemal zawsze ta sama, zjazd i znowu pod górę. Uzupełniamy kalorie w przydrożnym sklepiku. Ruszamy pokrzepieni pod kolejną górę, każdy nie oglądając się za siebie, w przeciwnym kierunku. Na szczycie kolejnej góry jestem sam. Zatrzymuję samochód by spytać o los zaginionego, samotnego rowerzysty. Uruchamiam telefon, włączam GPS. Okazuje się, że jadę w przeciwną stronę, do Lwowa. Andrzej także zatrzymał samochód zadając to samo pytanie i nie domyślał się nawet, co się mogło wydarzyć. Po upływie pół godziny ujrzał mnie, mozolnie wspinającego się na szczyt. Można powiedzieć, szczyt niefrasobliwości. Niech to będzie zapisane na moje wyczerpanie i otępienie. Dziesięć procent wzniesienia oznacza, że na długości jednego kilometra muszę się wznieść sto metrów w pionie. No i do tego naprawa drogi technologią spotykaną również na polskich drogach. Najpierw polewa się dziurawy afalt rozgrzaną smołą, a potem sypie grys. Moje opony oklejone taką konfiturą zatrzymują rower w miejscu i mogę być pewny, że za chwilę będzie wymuszony pitstop. Zawsze mam jedną oponę i dwie dętki w zapasie. Ukręciliśmy już osiemdziesiąt kilometrów. Więcej się nie da. Na Ukrainie w rejonach które przemierzamy, nie ma lasów. Rzędy krzaków oddzielają szosę od pól. Zawsze musimy wpraszać się do gospodarstw wiejskich. Ma to dużą zaletę, bo nie musimy dźwigać zapasu wody przed rozbiciem namiotów w otwartym terenie. No i ta zawsze miła gościnność. Tym razem szczęściem dzieliliśmy się z rodziną Darii i Anatola. Kąpiel a potem pierogi ze śmietaną. Daria bywała w Polsce z chóralnym zespołem więc odśpiewaliśmy sztandarowe „hej hej ułani”. Rano pożegnaliśmy się nostalgiczną „spraszczaj rodimyj gorod”. Było bosko.

 

 

 

Dzień szósty, 13.09.2009, kilometrów 85.

Już lepiej niż wczoraj. Dość płasko by tego nie zauważyć. Do Kołomyi docieramy przed południem. Za późno by spotkać Polaków opuszczających kościół i porozmawiać jak to drzewiej bywało. Jest za to muzeum wydmuszki, ładny ryneczek, a na nim dopiero co poślubieni nowożeńcy, bo sobota. Obiady zawsze w barach, czasem w restauracjach. Od 15 hrywna za rosół, klopsiki z ryżem i herbatę do 90 za miseczkę zupki i sześć maleńkich placuszków ziemniaczanych, bo degustowaliśmy ”ukraińskie specjały”. Śpimy w ogródku biedniejszej zagrody, ale herbatka gościnnie jest. W nocy jakiś zabłąkany pies zaczepia odciąg Andrzeja namiotu i ogłoszony został alarm. Gospodarze oddalonego około sto metrów domku pojawili się na ćwiczeniach natychmiast. Głupio nam było, toteż wczesnym rankiem niż zwykle, umknęliśmy niepostrzeżenie.

 

 

 

Dzień siódmy, 14.09.2009, kilometrów 74.

Czerniowce. Mówi się „Mały Paryż”, ale wydaje się to przereklamowane. Ta stolica Bukowiny może się jednak pochwalić mnogością architektonicznych perełek, kunsztownie zdobionych budynków, różnorodnością mieszkańców, z czego do najbardziej wpływowych należą Rosjanie, Żydzi, Polacy i Rumuni. Wczoraj wydawało nam się, że góry zostawiliśmy już za sobą. Ale to był tylko jeden dzień odpoczynku. Ukraińskie górki nie przekraczają wprawdzie 1200 metrów wysokości, ale powtarzają się jedna za drugą jak fale na wzburzonym morzu. Już wszystko jedno gdzie musimy położyć się spać, byle szybko. Rano okazuje się, że moja tylna piasta ma wyrwane dwa gniazda w kołnierzu mocującym szprychy. Do Kamieńca Podolskiego niedaleko, próbujemy dojechać.

 

 

 

Dzień ósmy, 15.09.2009, kilometrów 75.

Przed południem jesteśmy w Kamieńcu Podolskim. Wszelkie próby znalezienia piasty, także na bazarze gdzie można kupić nieomal wszystko, kończą się na niczym. Mamy jednak sprawdzoną informację, że w Chmielnickim znajdziemy serwis gdzie będziemy mogli naprawić rower. To spora odległość i trzeba skorygować trasę. Tymczasem możemy zwiedzić to piękne miasteczko. Most nad rzeką Dniestr zapięty jest na sto kłódek. Tradycyjnie już, zakochani przysięgając sobie wierność na całe życie, zamykają kłódkę na barierkach mostu, a klucze rzucają w przepaść. Można oglądać też wspaniałe cerkwie wokół ratusza, twierdzę i panoramę miasta. Tutaj kupuję ikonę dla mojej żony, bo takie było jej życzenie. Jest nadgryziona przez korniki, co ma określać jej wiek i wartość. Ikon wykonanych przed pięćdziesięciu laty nie można wywozić, ale chyba celnicy wiedzą, z której stodoły pochodzi ta stara deska na której wczoraj namalowano świętego. Jak ją targowałem, farba była już sucha, na pewno. Jest piękna. Zawsze na koniec trafiamy do ogródka za miastem, gdzie dobrzy ludzie przyniosą wody do mycia, postawią butelkę dobrego piwa i pozwolą zrobić pamiątkowe zdjęcie.   

 

 

 

Dzień dziewiąty, 16.09.2009, kilometrów 73.

Pogoda wspaniała, słońce przygrzewa podczas dnia, wieczorem jest przeważnie chłodno, rankiem mniej niż 5 stopni. GPS poprowadził nas najkrótszą drogą, choć nie był to dobry wybór. Wpadliśmy na drogę iście raczej dla kładów. Ale nie cofniemy się. Szutr, dziury i góry. Wreszcie zobaczyliśmy coś takiego czarnego jak asfalt. Wreszcie jakiś sklepik, czyli punkt odżywczy. Mój plakat oraz flaga zawsze zainteresują kogoś i sprowokują do ciekawej rozmowy. Minęło prawie pół godziny, nim wsiedliśmy znowu na rowery. Było dużo dobrej zabawy, ale tego właśnie szukamy. Dziesięć kilometrów przed Chmielnickim wypatrujemy miejsca na obóz. Musimy być wcześnie w serwisie. Heliena i Juri przyjmują nas kolacją. Gospodyni ma polskie korzenie i cieszy się z naszego spotkania. Kotleciki z ziemniaczkami uzupełniają stracone po drodze kalorie. Rano mocna kawa stawia nas na nogi.

 

 

 

Dzień dziesiąty, 17.09.2009, kilometrów 79.

Kilka razy z góry w dół, z dołu pod górę i jesteśmy w Chmielnickim. Mamy adres, szukamy serwisu. Ktoś uprzejmy sięga po telefon, komunikuje się z kimś, po chwili mamy jasny plan dotarcia do celu. Tylko dwie godziny i czterysta hrywien kosztuje wymiana uszkodzonej piasty. W bankomacie pobieram 1100 hrywien. Przydadzą się, o czym opowiem później. Andrzej łapie pierwszą gumę. Odtąd nie będzie tak łatwo znaleźć kawałek pola na kamping. Ludzie boją się nas, choć golimy się systematycznie i często strzyżemy włosy. Mężczyźni są zdecydowani w odmowie, zaś kobiety zawsze próbują nam pomóc. Błądzimy po wsi gdy nagle na horyzoncie pojawia się batiuszka na rowerze. To miejscowy pop, którego cerkiew mijaliśmy wcześniej. Uśmiechnięty, przyjmuje naszą rekomendację z zadowoleniem. Lokujemy się w ogródku plebanii z reprymendą, żebyśmy byli pokorni. Kiedy już rozbiliśmy namioty, wieczorem po pracy pojawia się grupa sympatycznych młodzieńców remontujących ową cerkiew. Jest także batiuszka z którym żartujemy do woli. Nawet nie przypuszczaliśmy, że zaproszeni będziemy na wytworną kolację. Barszcz ukraiński, suszona wędzona ryba, woda ognista i piwo. Rozmowy trwały tak długo, jak wytrzymała głowa. Rano, kiedy już się spakowaliśmy ujrzeliśmy naszego batiuszkę w oficjalnym już stroju popa. Jakaż przemiana, w pełni respektu odłożyliśmy żarty na bok. Zaproszeni do cerkwi dostąpiliśmy zaszczytu uczestnictwa w krótkiej mszy i błogosławieństwie specjalnie tylko dla nas. To niesamowite przeobrażenie wewnętrzne spowodowane autorytetem, które reprezentował duchowny. Tego nigdy nie doświadczyłem w naszym kościele.

 

 

 

Dzień jedenasty, 18.09.2009, kilometrów 88.

Winnica, największe miasto Podola. Tu w szesnastym wieku dostaliśmy solidne lanie od Kozaków, tu urodził się Brzechwa, tu miało miejsce pierwsze w historii zabalsamowanie ciała miejscowego chirurga, które potem stało się wzorcem do zmumifikowania Lenina. Winnica jest miastem kosmopolitycznym. Nie ma tu żadnych zachowań rasistowskich, jakie możemy obserwować u nas. Na tutejszych czterech uczelniach studiuje niemal cały świat. Spotykamy tu Juriego, dziennikarza, poetę, filologa i działacza politycznego.  Z maila wiem, że zostawiliśmy tu swój ślad w miejscowej gazecie. Opuszczamy kolejny gród ciesząc się sympatią, jaką nam tu okazali. Śpimy poza miastem przy drodze, ale mamy kontakt z gospodarstwem. Jest więc woda, witaminki i kawa na dobry dzień, chociaż rano tylko plus cztery.

 

  

 

Dzień dwunasty, 19.09.2009, kilometrów 101.

Wchodzimy przez Umań na autostradę Kijów Odessa. Właściwie jest to droga szybkiego ruchu z poboczem, odpowiednio wyprofilowana, czyli dosyć płaska. Słonecznie jak zawsze, boczny wiaterek. W przydrożnych bazarach bułeczki z powidłami, rodzynkami i innym nadzieniem są najczęściej oferowane, ale nie pasują do wędlin, które zresztą nie są tu najlepsze. Nie dostaniecie nigdzie konserw mięsnych poza jedyną półkilową tuszonką, jednak nie będzie wam smakowała. Pasztety oraz ryby w puszkach także nie ucieszą waszych podniebień. Coraz bardziej na wschód. Coraz bardziej nieufnie odnoszą się do nas ludzie których prosimy o nocleg na terenie posesji. Wasilij, który także ma  polskie korzenie, wjeżdża gościnnie na posieję swojej mamy samochodem z przyczepą i nie wystarcza już dla nas miejsca. Za chwilę, kiedy umawiamy się z babcią obok, przywołuje nas do siebie. Zmieścicie się? pyta oferując pozostałe 20 metrów kwadratowych ziemi obok studni. Jasne że tak. W przyjaznej rozmowie koryguje naszą dalszą marszrutę, bowiem mieszka na Krymie i zna tam każdy zakątek. Był kierowcą autobusów. Podaje adres i przekonuje do złożenia wizyty. Pokuszamy, pogulamy, zrobimy banię, zachęca. Trudno odmówić. Spotkamy się za 7 dni.

 

 

 

Dzień trzynasty, 20.09.2009, kilometrów 111.

Ciągniemy ostro, na liczniku grubo ponad 30 km/godz. Ktoś na poboczu usilnie stara się nas zatrzymać. Skąd, dokąd, padają pytania. Nagle zjawia się jakiś gość i o coś pyta naszego rozmówcę. Oddala się, ale gubi gruby portfel wypchany różnego rodzaju banknotami. Krzyczę za nim, ale nie reaguje. Cicho, stul pysk usłyszałem od opryszka, podzielimy się. Protestuję, nie chcę, to nie nasze pieniądze. W samochodzie przed nami jeszcze dwóch opryszków w panterkach. Zdajemy sobie sprawę, że jeżeli im przeszkodzimy, znajdą nas wszędzie. Jeszcze dwa dni będziemy jechać tą autostradą. Ruszamy. Za moment wraca poirytowany poszkodowany. Wiemy, że pieniądze ukryte są za gumką spodni dresu opryszka. Dajemy się zrewidować żeby podejrzenie skupiło się wyłącznie na złodzieju. Gość przegląda nasze nominały i ostatecznie przystępuje do tego właściwego, trzeciego podejrzanego. O dziwo, znajduje swój portfel z łatwością. Nawet nie dał mu w mordę. Widocznie wszyscy tu się wszystkich boją. Odjeżdżając odetchnęliśmy z ulgą. Nie braliśmy udziału w przestępstwie. Jak to się stało, że gość z przeciwległej strony autostrady pokonując zaporę po jej środku dociera do nas, aby zadać jakieś pytanie? Ta myśl nie daje mi spokoju. Podczas obiadu w restauracji przedstawiam Andrzejowi nową wersje wydarzeń. Może to była jakaś zorganizowana banda, która postanowiła nas okraść?  Andrzej liczy swoje pieniądze, ja z kimś rozmawiam. Wreszcie możemy ruszyć, ale Andrzej upiera się, żebym przeliczył też swoje. Coś ty? Nie może mi niczego brakować, patrzyłem mu cały czas na ręce. Jednak sprawdzam. Brakuje 400 hrywien i 25 euro, Andrzejowi 300 hrywien i 20 $. Tyle płacimy za dziecinną naiwność, połączoną z pokazem fachowej iluzji. Dzisiaj trzynasty dzień podróży. Próbowałem odkuć się w tańcu na rurze, ale nikt nie chciał się dorzucić.  Przekroczyliśmy 1000 km i jak zwykle w niedzielę, należy się flaszka. Na pocieszenie.

 

  

 

Dzień czternasty, 21.09.2009, kilometrów 113.

Na ukraińskich drogach naprawy samochodów dokonuje się zwykle przy drodze, na poboczu. Pełno tu rozdartych opon, co pewnie świadczy o warunkach dopuszczenia do ruchu. Nie ma takiej sprawy, której by się nie dało z milicjantem załatwić. Dlatego pewnie tak często stoją tu krzyże przy drodze. Żeby tylko nie były to kiedyś nasze, upominamy się nawzajem by zachować czujność. Wieczorem trzeba skręcić do wioski na obiad i znaleźć jakieś miejsce do przetrwania. Zjeżdżamy na bezdroża, trzy kilometry dalej ma być sklep i bar. Potem okazało się że jeszcze cztery. Już nie wracamy z powrotem, choć droga nie zachęca do dalszej jazdy przed siebie. Jest wreszcie wioska, jest bar. Obok mocno już podchmielone towarzystwo gra w karty popijając złocisty trunek. Każdemu trzeba podać rękę. Pokuszać można? barszcz, kartoszki, miaso?  pytam barmana. Wsio jest. Pootwierał jakieś szafki, lodówkę i zakomunikował: niczewo niet. Pojawia się szefowa. Gdzie będziecie spać? U ciebie, odparłem. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Zawołała męża. Pięćdziesiąt metrów dalej znaleźliśmy się za wysokim murem strzeżonego obiektu przemysłowego. Rozbiliśmy namioty i o dziwo, zaproszono nas na obiad z powrotem do baru. Barszcz ukraiński, schabowy z frytkami, surówka, małpka i popitka. Wszystko za 40 hr. na ryjka (!) Już było ciemno, kiedy na kampingu odwiedził nas mąż pani szefowej z reklamówką winogron i słoikiem miodu. Rano przed siódmą mieliśmy opuścić teren zakładu. Choć było jeszcze ciemno i zimno, nie było powodu do narzekań.  

 

 

 

Dzień piętnasty, 22.09.2009, kilometrów 88.

Trzeba rozkopać cały bagaż, by znaleźć jakieś rękawiczki. Palce drętwieją z zimna. Wracamy na szlak autostrady. Andrzej wymienia już piątą szprychę tylnego koła. Będzie ich razem szesnaście. Ja tylko czterokrotnie naprawiałem dętkę. Dzisiaj próbujemy zająć działkę jak najbliżej Odessy. Zupełnie nam się nie udaje. Ani baru by zjeść obiad, ani miejsca na biwak, choć wioska duża i ładnie się nazywa. Albo nie mają dla nas miejsca, albo nie mają dla nas serca. Już dawno pragniemy znaleźć przyjazny teren do obozowania na dziko, poza ludzkimi skupiskami. Niestety, nie udaje się. Po kolejnej próbie wracamy do wcześniej dostrzeżonej cerkwi w remoncie. Gospodyni w regulaminowym wieku wyciąga telefon z kieszeni roboczego fartucha, młodsi pomagają wykręcić numer do szefa i po chwili mamy zgodę batiuszki na zajęcie gruntu pod dwa namioty.

 

 

 

Dzień szesnasty, 23.09.2009, kilometrów 68.

Odessa. W serwisie rowerowym którego w obrębie miejskiego bazaru szukamy całą godzinę, tracimy jeszcze dwie. Problem z pękającymi już codziennie szprychami w Andrzeja rowerze próbuje rozwiązać Vowa. Już wiemy, że to mu się nie uda. Teraz trzeba się spieszyć by zejść schodami Potiomkina, odwiedzić monumentalną operę, pospacerować po Prospekcie, usiąść na chwilę na „dwunastym krześle” i odpocząć na deptaku. Obiad najlepiej zjeść w samoobsługowym barze studenckim (20 hrywien). Zawsze kupujemy po drodze wiktuały na własną kolację, ale często nie możemy odmówić gospodarzom gościnności. Znaleźliśmy skrawek miejsca pod orzechem, w pierwszym z brzegu gospodarstwie. Już ktoś próbuje obciąć zwisające z drzewa gałęzie i zgrabić podłoże. Wykluczone, nie zgadzamy się, właśnie marzyliśmy o takiej scenerii. Ledwo się obroniliśmy, już podano obiad i herbatkę. Na śniadanie musieliśmy skonsumować po dwa jajka sadzone z pieczywem i kawą. Rano wręczam jak zawsze swoją wizytówkę. Po powrocie powinienem się spodziewać sporo przyjaciół z Ukrainy w moim domu.

      

 

 

Dzień siedemnasty, 24.09.2009, kilometrów 115.

Można powiedzieć, że od dzisiaj kierujemy się już na Krym. Mikołajew. Znaleźliśmy jakąś opuszczoną z powodu wszechobecnego kryzysu budowę. Zamykamy rowerowym zapięciem bramę. Wcześniej oddaliśmy opodal naszej zagrody akumulatory do ładowania. GPS, telefon i latarka czołowa wymagają co kilka dni nowej energii. Drobne bieżące naprawy. Wszystko się męczy, sprzęt także. Z powodu krótkiego dnia mamy aż 10 godzin na odpoczynek.

  

 

 

Dzień osiemnasty, 25.09.2009, kilometrów 107.

Kerson. Szprychy nadal pękają, dzisiaj Andrzej wymienia dwie. Cała operacja łącznie z centrowaniem koła zajmuje trochę więcej niż pół godziny. Nie napotkaliśmy żadnego baru, więc cumujemy rowery przed eleganckim zajazdem. Miła obsługa, na ekranie telewizora prezentują się polskie zespoły wokalne. Choć schabowy twardy, rachunek odpowiedni do standardu, czyli 130 hrywien za marny obiad. Pod koniec dnia wreszcie jakieś zarośla w zasięgu wzroku, niedaleko szosy. Można rozbić namioty z dala od ludzi. Zapas wody dźwigamy w plecakach od ostatniej napotkanej wsi. Jest niezbędna do codziennej toalety i przyrządzenia śniadania.

 

 

 

Dzień dziewiętnasty, 26.09.2009, kilometrów 71.

Czerwony Czaban. Z dala dostrzegamy dwie sylwetki. To Wasilij z wnuczką oczekują naszego spotkania. Tylko trzy kilometry trzeba zboczyć z drogi, by poczuć się jak w domu. Tuż przed domem Wasyl zatrzymał swoją ładę, a ja obsypałem w kolonialnym sklepie słodyczami Karinkę. Od lewej na zdjęciu gospodyni Alinka, Andrzej, Wasyl, wnuczka Karinka ze mną, syn gospodarzy Igor i bratanka Maruszka. Wszystkie moje rzeczy zostały wyprane, podano do stołu. Amur z pobliskiego jeziora, domowy chlebek, sałatka z ogrodu, winogrona tylko ręką sięgnąć z werandy no i samogon, dużo samogonu. W międzyczasie sporządzono w ogródku banię czyli ciepłą kąpiel, a na koniec każdy z nas otrzymał wygodne łóżko w gościnnym pokoju. W nocy suszyło strasznie, ale rano musiałem łgać, że wstawałem szukać Maruszki. Już nie pamiętam ilu gości przewinęło się tamtego wieczora przez nasz biesiadny stół, ale w pamięci pozostał czarowny urok tamtych chwil. Pokrzepieni śniadaniem i kawą ruszyliśmy przed siebie. Ręce kostnieją z zimna, więc znowu trzeba przegrzebać sakwy by odnaleźć jakieś rękawiczki.

 

 

 

Dzień dwudziesty, 27.09.2009, kilometrów 113.

Przed nami brama Krymu, Armańsk. Podniesiony szlaban, uzbrojony strażnik, ale nikt nas nie zatrzymuje wszak wjeżdżamy do autonomicznej republiki. Jakiś manekin kucharz zaprasza do przydrożnego pubu. Zatrzymuję się, by zrobić z nim zdjęcie. Zapraszamy na kawę, słyszę od nieznajomego. Już piliśmy, odpowiadam. Śniadanko na rachunek firmy, upiera się restaurant. Ledwo wjechaliśmy a już taka gościnność, pomyślałem. Wołam Andrzeja, który odjechał już jakieś sto metrów. Siadamy przy stoliku. Jest ukraiński barszcz, różne przysmaki nawet whisky której odmawiamy, kawa no i sto pytań. To nasza flaga i foster przyciągają ciekawość i uznanie wielokrotnie kwitowane słowami „ot maładcy”, co raczej oznacza dzielni niż młodzi. Wielokrotnie musiałem odpowiadać na pytanie: skolko liet. Tylko raz musiałem udowadniać. Ujechaliśmy dwadzieścia kilometrów. Andrzej wymienia kolejną szprychę pod jakimś barem. Po krótkiej rozmowie z obecnymi tam podróżnymi, miła propozycja by usiąść z nimi na lunch. Jesteśmy syci, więc odmawiamy. Jedyne dostępne miejsce na biwak do rana, upatrujemy za stodołą ostatniej wiejskiej zagrody. Otrzymujemy wodę i krótką odpowiedź tatara krymskiego na pytanie, czy można postawić na polu namioty. Brzmi ona: Kanieczno!  Nic więcej. Później już przez płot, pogawędziliśmy o krymskich tatarach.

 

 

 

Dzień dwudziesty pierwszy, 28.09.2009, kilometrów 63.

Ostry dźwięk pękającej szprychy obudził nas o świcie. Przecież nikt jeszcze nie dotknął Andrzeja roweru. Pozbieraliśmy się, ale nim ruszymy muszę jeszcze naprawić gumę swojego roweru. Kilka kilometrów dalej powtarzam tą samą operację, bo widocznie ścieżka na pole namiotowe była mocno najeżona cierniami. Wydłuża to znacznie czas dotarcia do Symferopola tym bardziej, że drogi pozostawiają wiele do życzenia. Na dworcu kupiliśmy powrotne bilety na czwartego października. Nie było już wiele czasu na zwiedzanie miasta, które pozostawiliśmy na koniec wyprawy. Gościnność na Krymie nie ustępuje doświadczonej wcześniej ukraińskiej, choć większość populacji jest pochodzenia rosyjskiego. Już zmierzcha, więc w pośpiechu szukamy miejsca do odpoczynku na wsi, bo wokół pustkowia. Ktoś słyszy polską rozmowę, zagaduje nas zapraszając na ukraiński barszcz i herbatę. Do namiotów trafiamy już po ciemku.

 

 

 

Dzień dwudziesty drugi, 29.09.2009, kilometrów 54.

Mamy do wyboru kierunek Sewastopol, lub Bachczysaraj i Wielki Kanion. Wybieramy w oparciu o rady wcześniej i później otrzymane, wariant drugi. Bachczysaraj jest obecnie duchową stolicą krymskich Tatarów powracających po długim i tragicznym wygnaniu. Położony wśród wypiętrzonych skalnych gór, ogrodów i winnic, imponuje wieloma mineratami i zabytkowym pałacem chana. Można tu zobaczyć marmurową fontannę poświęconą pięknej Polce (mówią że Marii Potockiej) porwanej przez Tatarów w darze dla chana. Nie radząc sobie z realiami życia w haremie zmarła rok później. Wprawdzie mój reportaż nie jest przewodnikiem turystycznym, ale tego polskiego akcentu nie sposób pominąć. Warto jeszcze zobaczyć skalne miasto oraz monastyr Uspienskiego, a także zjeść dobry zestaw obiadowy w ładnej stylowej restauracji za jedyne 15 hrywien, czyli niecałe pięć złotych. Wreszcie coraz więcej zielonych terenów na naszej trasie i obóz rozbijamy pośrodku oliwkowego, starego sadu. Każdy z nas wyposażony jest w kilka petard głównie dla obrony przed hordami wałęsających się psów, ale na szczęście nie było takiej potrzeby. Rano przed odjazdem odpalamy jedną na wiwat. Hałas jest ogromny, potęgowany echem otaczających nas skał, więc umykamy co sił w nogach na Wielki Kanion.

 

 

 

Dzień dwudziesty trzeci, 30.09.2009, kilometrów 62.

Wielki Kanion. Siedemnaście kilometrów krętej wijącej się ciągle w górę drogi, wznosi nas na wysokość 1125 metrów. Zabiera to nam trzy godziny ciężkiej pracy, bo gorąco i bagaż ciągle waży sporo. Wreszcie wiemy na pewno, że wznieśliśmy się na samą górę, bo ceny za zupę czy szaszłyk sięgnęły także szczytu. Upojny widok na panoramę Jałty przesłaniany ciągle tworzącymi się chmurami, z których za godzinę spadnie pierwszy tej wyprawy deszcz. Rozpoczynamy osiemnastokilometrowy zjazd, który z uwagi na nienajlepszą drogę i zimno nie jest łatwy. Spotykamy tu po raz pierwszy rowerzystę, który okazuje się być Rosjaninem z Moskwy. Początkowo miało być ich pięciu, ale wszyscy zdążyli wycofać się przed startem. Pozostał sam ze swoim sprzętem, pamiętającym jeszcze lata pięćdziesiąte. Nic bardziej nie może podnieść na duchu zmęczonego już globtrotera z Polski. Poziom zero osiągamy wczesnym wieczorem po deszczu, z zachmurzonym ciągle niebem u stóp Jałty. Nie mamy szans znaleźć nigdzie miejsca na kamping. Poszliśmy na całość i przycupnęliśmy w ogrodzie pałacu w Liwadii. Tutaj w lutym 1945 roku miała miejsce Konferencja Jałtańska. Część pałacu zajmuje wytworne sanatorium. Brakuje nam tylko wody, więc muszę starać się o nią ja, bo dziś rozkazuje Andrzej. Wizyta w sanatorium sprawia mi dużą przyjemność, mogę rozmawiać po Polsku z bardzo ciekawą wszystkiego Krymką. Wymarzona, ciepła noc. Wstaję o północy by sięgnąć po piersiówkę z rumem, zapalić miętowego papieroska i wsłuchiwać się w śpiew cykady poszukującej czegoś dla swojego szczęścia. Kiedy opuszczaliśmy teren parku, nasze miejsce zajęły służby porządkowe. Pełny synchron.

 

 

 

Dzień dwudziesty czwarty, 01.10.2009, kilometrów 45.

Niełatwo jest zdobyć w tym górzystym terenie cokolwiek, tym bardziej położone osiem kilometrów na południe od Jałty, Jaskółcze Gniazdo. Dawniej klasztor, a po jego zburzeniu na samej krawędzi skalnego nawisu pobudowano mały zameczek, z którego można popatrzeć na wybrzeże niemalże z lotu ptaka. Dzisiejszy dzień nie był łatwy. Powrotną drogę do Jałty wybraliśmy przez autostradę, ale żeby się na nią dostać, musieliśmy wznieść się na wysokość 450 metrów na odległości sześciu kilometrów. Potem zjeżdżamy na dół, by wkrótce wspiąć się na górę ponownie. Do miasta zjeżdżamy ruchliwą, stromą, wąską i krętą dwukilometrową uliczką „pod prąd”, bo nie mamy już siły szukać innej. Jadąca z przeciwka milicja nie próbowała nas powstrzymać, mimo że łapówki są tu podobno dodatkowym stałym źródłem utrzymania. O samej Jałcie nie będę pisał, musicie pojechać i zobaczyć sami. Do Ałuszty prowadzi droga nadmorska, ale nie myślcie, że będzie w miarę płaska. Wydaje się, że tu wszystkie drogi prowadzą pod górę. Zmęczeni szukamy skrawka pod namiot. Jakiś lekko podchmielony menel oferuje nam pochyłe podwórko opuszczonego domu, ale chce za to pieniądze. Nie mamy tyle na zbędne wydatki. Zabierają nas alpiniści na Czerwoną Skałkę, ale dojść tam nie sposób, więc wracamy do punktu wyjścia. Ktoś podpowiada, aby spróbować na szkolnym podwórku i udaje się. O siódmej rano zanim pojawi się dyrekcja, nie powinno już być po nas śladu. Pobudka o piątej, ale latarki czołowe trzymamy zawsze w dobrej formie.

 

 

 

Dzień dwudziesty piąty, 02.10.2009, kilometrów 54.

Ałuszta, morski kurort i największy konkurent turystyczny Jałty. Kąpiemy się już w październiku ale woda ma jeszcze wciąż 25 stopni. Kąpiel w takim morzu jest bardzo przyjemna, ale wędrówka po plaży okropna. Na trasie do Symferopola znajduje się Przełęcz Angarska stanowiąca bazę wypadową w okoliczne góry. To jeden z najwyższych płaskowyżów na Krymie. Przez szesnaście pierwszych kilometrów pniemy się ciągle pod górę wśród wspaniałej przyrody, by wreszcie wspiąwszy się o 900 metrów móc spocząć na punkcie odżywczym. Teraz tylko sześć kilometrów w dół do Czerwonej Pieczary. W każdy weekend zbierają się tu liczne motocyklowe, samochodowe i piesze wycieczki. My pragniemy tylko odpocząć i przygotować się do powrotnej podróży pociągiem. Opuszczamy pieczarę i organizujemy własny kamping na stepie.

 

 

 

Dzień dwudziesty szósty, 03.10.2009, kilometrów 26.

Ruszyliśmy dopiero w południe. Mamy już bilety, więc nie możemy się spóźnić z powodu jakiegoś niespodziewanego zdarzenia. Ostrożnie zbliżamy się do Symferopola. Dwanaście kilometrów przed stolicą zatrzymujemy się nad jeziorem. W oddali widać ostatnie miasto, kres naszej wyprawy. Przed sklepem, w którym robimy zakupy obdarowani zostaliśmy chyba w dowód jakiejś sympatii znaczną ilością piwa. Już nie rozbijam namiotu, ale jak zawsze pod pałatką ukryję swój rower, skarb największy. Rano pochmurnie i zimno.

 

 

 

Dzień dwudziesty siódmy, 04.10.2009, kilometrów 28.

Symferopol, czterystutysięczne miasto zamieszkałe głównie przez Rosjan. W centrum stoi czołg, symbol zwycięstwa. Tu kończy się wyprawa. Zdobyliśmy wszystko, zmęczeni ale jakże szczęśliwi. Przed nami dwudziestopięciogodzinna, wygodna podróż do Lwowa. Przedział czteroosobowy z miejscami do spania, w którym umieściliśmy wszystkie nasze bagaże i rowery. Wszystko zmieściło się na półkach i pod siedzeniami z wyjątkiem mojego roweru, który spoczywał na półce sąsiedniego przedziału. Dla nas pozostały dwa wygodne łóżka wyposażone w komplet świeżej pościeli. Wszystko w przeliczeniu za niecałe sto złotych.

 

 

Dzień dwudziesty ósmy, 05.10.2009.

Do Lwowa przyjechaliśmy po południu i o piętnastej ruszyliśmy na rogatki miasta. Mamy prawie sto kilometrów do Medyki i powinniśmy dotrzeć tam jeszcze przed zmierzchem. Łapiemy na stopa mikrobus i udaje się. Dzięki temu możemy wsiąść do pociągu w Przemyślu rano następnego dnia. Mijając bokiem stado mrówek na przejściu granicznym w Medyce byliśmy już w Polsce. Śpimy na tym samym podwórku, co miesiąc temu. Nad ranem się rozpadało i podmoczyło mnie trochę, bo znowu spałem bez namiotu. Taki survival na koniec.

   

 

 

Dzień dwudziesty dziewiąty, 06.10.2009.

Z Medyki do Przemyśla lało i przemokłem doszczętnie ale na dworcu przebrałem się. We Wrocławiu Dagmara dostarczyła nam gorący posiłek. Mimo wszystko katarek dopadł mnie, ale już w domu.   

 

Koniec. Jak zwykle czuję to, … że czytając reportaż jechaliście ze mną. Dzięki.

 

 

 

 

Zawsze możesz wejść pod ten numer na Skarbówku w Szczecinie. Jeśli czytałeś? Chętnie ugoszczę.