przemyśl
- krym
wyprawa
Świat się zmienia. Także Ukraina. Za rok będzie już inna, za
dziesięć nie poznacie jej. Trzeba więc jechać teraz. Ruszam z Andrzejem (patrz
wyprawa dookoła Bałtyku) siódmego września z Przemyśla. Stąd tylko sto
kilometrów do Rawy Ruskiej. Siedemdziesiąt lat wcześniej tam się właśnie
urodziłem. Trzy miesiące później, to małe miasteczko zostało zajęte przez
wojska niemieckie, a pod koniec września znalazło się pod okupacją sowiecką. W
mieście istniało getto i wymordowana została cała żydowska ludność. Wszak
jestem Polakiem, lepiej było z tego piekła uciekać. Wróciliśmy do Wielkopolski
i już nigdy później nie widziałem swego gniazda. To było inspiracją wyprawy na
Ukrainę. Reszta jest przy okazji.
![]()
![]()
Trasa wyprawy biegła z Przemyśla przez Rawę Ruską, Lwów,
Iwano-Frankowsk, Kołomyje, Czerniowce, Kamieniec Podolski, Chmielnicki,
Winnice, Umań, Odessę, Mikołajew, Herson, Armańsk, Symferopol, Bachczyasaraj,
Jałtę, Ałusztę i ponownie do stolicy Krymu Symferpola gdzie zakończymy podróż.
Razem dwa tysiące czterdzieści pięć kilometrów wspaniałej przygody.
Dzień zero,
07.09.2009, kilometrów 18.
Ze Szczecina ruszyliśmy na start pociągiem. Wspiera mnie zawsze
moja córka Dagmara, na zdjęciu na wrocławskim dworcu. Trzynaście godzin później
byliśmy w Przemyślu. W przemyskim kantorze: 35 polskich groszy = 1 ukraińska
hrywna. Ciemno już. W świetle reflektorów dotarliśmy do Medyki. Przyczailiśmy
się na podwórku sympatycznej rodzinki, tuż przy przejściu granicznym. Mój rower
z wyposażeniem waży

Dzień
pierwszy, 08.09.2009, kilometrów 79.
Wczesnym

Dzień drugi, 09.09.2009, kilometrów 79.
O siódmej wieczorem, po przestawieniu zegarków robiło się już
szaro. O siódmej rano, zaczynało świtać. Mamy każdego dnia najwyżej dziesięć
godzin aktywnej podróży. Ale za to we wrześniu jest już po sezonie, mniej
turystów i taniej. Ruszyliśmy o dziewiątej. Ugotowanie śniadania, upchanie
wszystkiego w niewielkie sakwy, oraz złożenie i zapakowanie namiotu zajmuje
minimum 90 minut. Na rozbicie obozu z kolacją aż do zasunięcia zamków namiotu,
wystarczy tylko 60. Ale trzeba jeszcze wypić należne po każdym etapie piwko i
zapalić miętusa bo tutaj tanie jak ukraiński barszcz.

Dzień trzeci,
10.09.2009, kilometrów 82.
Wyznaczyliśmy sobie ostatnią wieś siedem kilometrów przed Lwowem,
na nocleg. Niestety była to już sypialnia tego pięknego polskiego grodu.
Żadnego miejsca na ustawienie namiotu. Z pomocą miejscowych kobitek znajdujemy
kawałek wolnego placu. Wiktor buduje tu sklep przemysłowy. Rozbijamy namioty w
towarzystwie młodej gawiedzi. Częstujemy czekoladą, oni rewanżują się plastrem
arbuza, pomidorem i papryką. Jeszcze muszę wrócić na rogatki po piwo bo
wylosowaliśmy w pociągu, że w dni parzyste polecenia w sprawach spornych wydaje
Andrzej, a w pozostałe, mścił się będę ja. Wieczorem jest zimno, ale rano
jeszcze bardziej. Obrazki przydrożnego handlu jak ten poniżej, można spotkać na
Ukrainie wszędzie.
Dzień
czwarty, 11.09.2009, kilometrów 85.
Ruch spory, drogi dojazdowe nienajlepsze. Ni stąd ni zowąd
znaleźliśmy się w samym centrum Lwowa. „Witam turystów z Polski”, można
usłyszeć dość często. Jednak krótka znajomość najczęściej zmierza do
zaoferowania prywatnej kwatery. Czasami zagadnie młody człowiek żeby w końcu po
krótkim spacerze upomnieć się o swoje honorarium. Liczne polskie wycieczki
wsłuchują się w opowieści przewodników, a my dołączamy dyskretnie by wyłowić
to, czego nie znaleźliśmy w naszych notatkach. Plakat z tyłu mojego bagażnika i
dumnie powiewająca na maszcie polska bandera, są zaproszeniem do wielu miłych
spotkań w każdym zakątku naszej wędrówki. W południe trzeba się napić najlepiej
parzonej tu kawy, w małej kawiarence u Wirmenka. Kto nie ma simloka w swoim
telefonie komórkowym płaci prawie 7 zł za minutę do Polski w roamingu naszego operatora.
Jeśli kupisz kartę startową w „calyświat” płacisz do kraju 35 groszy i masz wszystkie telefony na Ukrainę przez
miesiąc za darmo. Pod wieczór opuszczamy Lwów. Planujemy trasę na swoich GPS i
każdy z nich proponuje inną wersję. Wpadliśmy w prawdziwą kołomyję i wydostanie
się poza miasto zajmuje nam sporo czasu. Udało się nam ujechać jeszcze

Dzień piąty,
12.09.2009, kilometrów 86.
Przed Iwano-Frankowskiem wyczerpujące siły, góry Zakarpacia. Kiedy
wspinamy się na szczyt zastanawiamy się zawsze, co będzie za nim. Odpowiedź
była niemal zawsze ta sama, zjazd i znowu pod górę. Uzupełniamy kalorie w
przydrożnym sklepiku. Ruszamy pokrzepieni pod kolejną górę, każdy nie oglądając
się za siebie, w przeciwnym kierunku. Na szczycie kolejnej góry jestem sam.
Zatrzymuję samochód by spytać o los zaginionego, samotnego rowerzysty.
Uruchamiam telefon, włączam GPS. Okazuje się, że jadę w przeciwną stronę, do
Lwowa. Andrzej także zatrzymał samochód zadając to samo pytanie i nie domyślał
się nawet, co się mogło wydarzyć. Po upływie pół godziny ujrzał mnie, mozolnie
wspinającego się na szczyt. Można powiedzieć, szczyt niefrasobliwości. Niech to
będzie zapisane na moje wyczerpanie i otępienie. Dziesięć procent wzniesienia
oznacza, że na długości jednego kilometra muszę się wznieść sto metrów w
pionie. No i do tego naprawa drogi technologią spotykaną również na polskich
drogach. Najpierw polewa się dziurawy afalt rozgrzaną smołą, a potem sypie
grys. Moje opony oklejone taką konfiturą zatrzymują rower w miejscu i mogę być
pewny, że za chwilę będzie wymuszony pitstop. Zawsze mam jedną oponę i dwie
dętki w zapasie. Ukręciliśmy już osiemdziesiąt kilometrów. Więcej się nie da.
Na Ukrainie w rejonach które przemierzamy, nie ma lasów. Rzędy krzaków
oddzielają szosę od pól. Zawsze musimy wpraszać się do gospodarstw wiejskich.
Ma to dużą zaletę, bo nie musimy dźwigać zapasu wody przed rozbiciem namiotów w
otwartym terenie. No i ta zawsze miła gościnność. Tym razem szczęściem
dzieliliśmy się z rodziną Darii i Anatola. Kąpiel a potem pierogi ze śmietaną.
Daria bywała w Polsce z chóralnym zespołem więc odśpiewaliśmy sztandarowe „hej
hej ułani”.

Dzień szósty,
13.09.2009, kilometrów 85.
Już lepiej niż wczoraj. Dość płasko by tego nie zauważyć. Do
Kołomyi docieramy

Dzień siódmy,
14.09.2009, kilometrów 74.
Czerniowce. Mówi się „Mały Paryż”, ale wydaje się to
przereklamowane. Ta stolica Bukowiny może się jednak pochwalić mnogością
architektonicznych perełek, kunsztownie zdobionych budynków, różnorodnością
mieszkańców, z czego do najbardziej wpływowych należą Rosjanie, Żydzi, Polacy i
Rumuni. Wczoraj wydawało nam się, że góry zostawiliśmy już za sobą. Ale to był
tylko jeden dzień odpoczynku. Ukraińskie górki nie przekraczają wprawdzie

Dzień ósmy,
15.09.2009, kilometrów 75.

Dzień
dziewiąty, 16.09.2009, kilometrów 73.
Pogoda wspaniała, słońce przygrzewa podczas dnia, wieczorem jest
przeważnie chłodno, rankiem mniej niż 5 stopni. GPS poprowadził nas najkrótszą
drogą, choć nie był to dobry wybór. Wpadliśmy na drogę iście raczej dla kładów.
Ale nie cofniemy się. Szutr, dziury i góry. Wreszcie zobaczyliśmy coś takiego
czarnego jak asfalt. Wreszcie jakiś sklepik, czyli punkt odżywczy. Mój plakat
oraz flaga zawsze zainteresują kogoś i sprowokują do ciekawej rozmowy. Minęło
prawie pół godziny, nim wsiedliśmy znowu na rowery. Było dużo dobrej zabawy,
ale tego właśnie szukamy. Dziesięć kilometrów przed Chmielnickim wypatrujemy
miejsca na obóz. Musimy być wcześnie w serwisie. Heliena i Juri przyjmują nas
kolacją. Gospodyni ma polskie korzenie i cieszy się z naszego spotkania.
Kotleciki z ziemniaczkami uzupełniają stracone po drodze kalorie. Rano mocna
kawa stawia nas na nogi.

Dzień
dziesiąty, 17.09.2009, kilometrów 79.
Kilka razy z góry w dół, z dołu pod górę i jesteśmy w
Chmielnickim. Mamy adres, szukamy serwisu. Ktoś uprzejmy sięga po telefon,
komunikuje się z kimś, po chwili mamy jasny plan dotarcia do celu. Tylko dwie
godziny i czterysta hrywien kosztuje wymiana uszkodzonej piasty. W bankomacie
pobieram 1100 hrywien. Przydadzą się, o czym opowiem później. Andrzej łapie
pierwszą gumę. Odtąd nie będzie tak łatwo znaleźć kawałek pola na kamping.
Ludzie boją się nas, choć golimy się systematycznie i często strzyżemy włosy.
Mężczyźni są zdecydowani w odmowie, zaś kobiety zawsze próbują nam pomóc.
Błądzimy po wsi gdy nagle na horyzoncie pojawia się batiuszka na rowerze. To
miejscowy pop, którego cerkiew mijaliśmy wcześniej. Uśmiechnięty, przyjmuje
naszą rekomendację z zadowoleniem. Lokujemy się w ogródku plebanii z
reprymendą, żebyśmy byli pokorni. Kiedy już rozbiliśmy namioty,

Dzień
jedenasty, 18.09.2009, kilometrów 88.
Winnica, największe miasto Podola. Tu w szesnastym wieku
dostaliśmy solidne lanie od Kozaków, tu urodził się Brzechwa, tu miało miejsce
pierwsze w historii zabalsamowanie ciała miejscowego chirurga, które potem
stało się wzorcem do zmumifikowania Lenina. Winnica jest miastem
kosmopolitycznym. Nie ma tu żadnych zachowań rasistowskich, jakie możemy
obserwować u nas. Na tutejszych czterech uczelniach studiuje niemal cały świat.
Spotykamy tu Juriego, dziennikarza, poetę, filologa i działacza
politycznego. Z maila wiem, że
zostawiliśmy tu swój ślad w miejscowej gazecie. Opuszczamy kolejny gród ciesząc
się sympatią, jaką nam tu okazali. Śpimy poza miastem przy drodze, ale mamy
kontakt z gospodarstwem. Jest więc woda, witaminki i kawa na dobry dzień,
chociaż
Dzień
dwunasty, 19.09.2009, kilometrów 101.
Wchodzimy przez Umań na autostradę Kijów Odessa. Właściwie jest to
droga szybkiego ruchu z poboczem, odpowiednio wyprofilowana, czyli dosyć
płaska. Słonecznie jak zawsze, boczny wiaterek. W przydrożnych bazarach
bułeczki z powidłami, rodzynkami i innym nadzieniem są najczęściej oferowane,
ale nie pasują do wędlin, które zresztą nie są tu najlepsze. Nie dostaniecie
nigdzie konserw mięsnych poza jedyną półkilową tuszonką, jednak nie będzie wam
smakowała. Pasztety oraz ryby w puszkach także nie ucieszą waszych podniebień.
Coraz bardziej na wschód. Coraz bardziej nieufnie odnoszą się do nas ludzie
których prosimy o nocleg na terenie posesji. Wasilij, który także ma polskie korzenie, wjeżdża gościnnie na
posieję swojej mamy samochodem z przyczepą i nie wystarcza już dla nas miejsca.
Za chwilę, kiedy umawiamy się z babcią obok, przywołuje nas do siebie.
Zmieścicie się? pyta oferując pozostałe

Dzień
trzynasty, 20.09.2009, kilometrów 111.
Ciągniemy ostro, na liczniku grubo ponad 30 km/godz. Ktoś na
poboczu usilnie stara się nas zatrzymać. Skąd, dokąd, padają pytania. Nagle
zjawia się jakiś gość i o coś pyta naszego rozmówcę. Oddala się, ale gubi gruby
portfel wypchany różnego rodzaju banknotami. Krzyczę za nim, ale nie reaguje.
Cicho, stul pysk usłyszałem od opryszka, podzielimy się. Protestuję, nie chcę,
to nie nasze pieniądze. W samochodzie przed nami jeszcze dwóch opryszków w
panterkach. Zdajemy sobie sprawę, że jeżeli im przeszkodzimy, znajdą nas wszędzie.
Jeszcze dwa dni będziemy jechać tą autostradą. Ruszamy. Za moment wraca
poirytowany poszkodowany. Wiemy, że pieniądze ukryte są za gumką spodni dresu
opryszka. Dajemy się zrewidować żeby podejrzenie skupiło się wyłącznie na
złodzieju. Gość przegląda nasze nominały i ostatecznie przystępuje do tego
właściwego, trzeciego podejrzanego. O dziwo, znajduje swój portfel z łatwością.
Nawet nie dał mu w mordę. Widocznie wszyscy tu się wszystkich boją. Odjeżdżając
odetchnęliśmy z ulgą. Nie braliśmy udziału w przestępstwie. Jak to się stało,
że gość z przeciwległej strony autostrady pokonując zaporę po jej środku
dociera do nas, aby zadać jakieś pytanie? Ta myśl nie daje mi spokoju. Podczas
obiadu w restauracji przedstawiam Andrzejowi nową wersje wydarzeń. Może to była
jakaś zorganizowana banda, która postanowiła nas okraść? Andrzej liczy swoje pieniądze, ja z kimś
rozmawiam. Wreszcie możemy ruszyć, ale Andrzej upiera się, żebym przeliczył też
swoje. Coś ty? Nie może mi niczego brakować, patrzyłem mu cały czas na ręce.
Jednak sprawdzam. Brakuje 400 hrywien i 25 euro, Andrzejowi 300 hrywien i 20 $.
Tyle płacimy za dziecinną naiwność, połączoną z pokazem fachowej iluzji.
Dzisiaj trzynasty dzień podróży. Próbowałem odkuć się w tańcu na rurze, ale
nikt nie chciał się dorzucić.
Przekroczyliśmy
Dzień
czternasty, 21.09.2009, kilometrów 113.
Na ukraińskich drogach naprawy samochodów dokonuje się zwykle przy
drodze, na poboczu. Pełno tu rozdartych opon, co pewnie świadczy o warunkach
dopuszczenia do ruchu. Nie ma takiej sprawy, której by się nie dało z
milicjantem załatwić. Dlatego pewnie tak często stoją tu krzyże przy drodze.
Żeby tylko nie były to kiedyś nasze, upominamy się nawzajem by zachować
czujność.

Dzień
piętnasty, 22.09.2009, kilometrów 88.
Trzeba rozkopać cały bagaż, by znaleźć jakieś rękawiczki. Palce
drętwieją z zimna. Wracamy na szlak autostrady. Andrzej wymienia już piątą
szprychę tylnego koła. Będzie ich razem szesnaście. Ja tylko czterokrotnie
naprawiałem dętkę. Dzisiaj próbujemy zająć działkę jak najbliżej Odessy.
Zupełnie nam się nie udaje. Ani baru by zjeść obiad, ani miejsca na biwak, choć
wioska duża i ładnie się nazywa. Albo nie mają dla nas miejsca, albo nie mają
dla nas serca. Już dawno pragniemy znaleźć przyjazny teren do obozowania na
dziko, poza ludzkimi skupiskami. Niestety, nie udaje się. Po kolejnej próbie
wracamy do wcześniej dostrzeżonej cerkwi w remoncie. Gospodyni w regulaminowym
wieku wyciąga telefon z kieszeni roboczego fartucha, młodsi pomagają wykręcić
numer do szefa i po chwili mamy zgodę batiuszki na zajęcie gruntu pod dwa
namioty.

Dzień
szesnasty, 23.09.2009, kilometrów 68.
Odessa. W serwisie rowerowym którego w obrębie miejskiego bazaru
szukamy całą godzinę, tracimy jeszcze dwie. Problem z pękającymi już codziennie
szprychami w Andrzeja rowerze próbuje rozwiązać Vowa. Już wiemy, że to mu się
nie uda. Teraz trzeba się spieszyć by zejść schodami Potiomkina, odwiedzić
monumentalną operę, pospacerować po Prospekcie, usiąść na chwilę na „dwunastym
krześle” i odpocząć na deptaku. Obiad najlepiej zjeść w samoobsługowym barze
studenckim (20 hrywien). Zawsze kupujemy po drodze wiktuały na własną kolację,
ale często nie możemy odmówić gospodarzom gościnności. Znaleźliśmy skrawek
miejsca pod orzechem, w pierwszym z brzegu gospodarstwie. Już ktoś próbuje
obciąć zwisające z drzewa gałęzie i zgrabić podłoże. Wykluczone, nie zgadzamy
się, właśnie marzyliśmy o takiej scenerii. Ledwo się obroniliśmy, już podano
obiad i herbatkę. Na śniadanie musieliśmy skonsumować po dwa jajka sadzone z
pieczywem i kawą. Rano wręczam jak zawsze swoją wizytówkę. Po powrocie
powinienem się spodziewać sporo przyjaciół z Ukrainy w moim domu.

Dzień
siedemnasty, 24.09.2009, kilometrów 115.
Można powiedzieć, że od dzisiaj kierujemy się już na Krym. Mikołajew.
Znaleźliśmy jakąś opuszczoną z powodu wszechobecnego kryzysu budowę. Zamykamy
rowerowym zapięciem bramę. Wcześniej oddaliśmy opodal naszej zagrody
akumulatory do ładowania. GPS, telefon i latarka czołowa wymagają co kilka dni
nowej energii. Drobne bieżące naprawy. Wszystko się męczy, sprzęt także. Z
powodu krótkiego dnia mamy aż 10 godzin na odpoczynek.

Dzień
osiemnasty, 25.09.2009, kilometrów 107.
Kerson. Szprychy nadal pękają, dzisiaj Andrzej wymienia dwie. Cała
operacja łącznie z centrowaniem koła zajmuje trochę więcej niż pół godziny. Nie
napotkaliśmy żadnego baru, więc cumujemy rowery przed eleganckim zajazdem. Miła
obsługa, na ekranie telewizora prezentują się polskie zespoły wokalne. Choć
schabowy twardy, rachunek odpowiedni do standardu, czyli 130 hrywien za marny
obiad. Pod koniec dnia wreszcie jakieś zarośla w zasięgu wzroku, niedaleko
szosy. Można rozbić namioty z dala od ludzi. Zapas wody dźwigamy w plecakach od
ostatniej napotkanej wsi. Jest niezbędna do codziennej toalety i przyrządzenia
śniadania.

Dzień
dziewiętnasty, 26.09.2009, kilometrów 71.
Czerwony Czaban. Z dala dostrzegamy dwie sylwetki. To Wasilij z
wnuczką oczekują naszego spotkania. Tylko trzy kilometry trzeba zboczyć z
drogi, by poczuć się jak w domu. Tuż przed domem Wasyl zatrzymał swoją ładę, a
ja obsypałem w kolonialnym sklepie słodyczami Karinkę. Od lewej na zdjęciu
gospodyni Alinka, Andrzej, Wasyl, wnuczka Karinka ze mną, syn gospodarzy Igor i
bratanka Maruszka. Wszystkie moje rzeczy zostały wyprane, podano do stołu. Amur
z pobliskiego jeziora, domowy chlebek, sałatka z ogrodu, winogrona tylko ręką
sięgnąć z werandy no i samogon, dużo samogonu. W międzyczasie sporządzono w
ogródku banię czyli ciepłą kąpiel, a na koniec każdy z nas otrzymał wygodne
łóżko w gościnnym pokoju. W nocy suszyło strasznie, ale

Dzień
dwudziesty, 27.09.2009, kilometrów 113.
Przed nami brama Krymu, Armańsk. Podniesiony szlaban, uzbrojony
strażnik, ale nikt nas nie zatrzymuje wszak wjeżdżamy do autonomicznej
republiki. Jakiś manekin kucharz zaprasza do przydrożnego pubu. Zatrzymuję się,
by zrobić z nim zdjęcie. Zapraszamy na kawę, słyszę od nieznajomego. Już
piliśmy, odpowiadam. Śniadanko na rachunek firmy, upiera się restaurant. Ledwo
wjechaliśmy a już taka gościnność, pomyślałem. Wołam Andrzeja, który odjechał
już jakieś sto metrów. Siadamy przy stoliku. Jest ukraiński barszcz, różne
przysmaki nawet whisky której odmawiamy, kawa no i sto pytań. To nasza flaga i
foster przyciągają ciekawość i uznanie wielokrotnie kwitowane słowami „ot
maładcy”, co raczej oznacza dzielni niż młodzi. Wielokrotnie musiałem
odpowiadać na pytanie: skolko liet. Tylko raz musiałem udowadniać. Ujechaliśmy
dwadzieścia kilometrów. Andrzej wymienia kolejną szprychę pod jakimś barem. Po
krótkiej rozmowie z obecnymi tam podróżnymi, miła propozycja by usiąść z nimi
na lunch. Jesteśmy syci, więc odmawiamy. Jedyne dostępne miejsce na biwak do
rana, upatrujemy za stodołą ostatniej wiejskiej zagrody. Otrzymujemy wodę i
krótką odpowiedź tatara krymskiego na pytanie, czy można postawić na polu
namioty. Brzmi ona: Kanieczno! Nic
więcej. Później już przez płot, pogawędziliśmy o krymskich tatarach.

Dzień
dwudziesty pierwszy, 28.09.2009, kilometrów 63.
Ostry dźwięk pękającej szprychy obudził nas o świcie. Przecież
nikt jeszcze nie dotknął Andrzeja roweru. Pozbieraliśmy się, ale nim ruszymy
muszę jeszcze naprawić gumę swojego roweru. Kilka kilometrów dalej powtarzam tą
samą operację, bo widocznie ścieżka na pole namiotowe była mocno najeżona
cierniami. Wydłuża to znacznie czas dotarcia do Symferopola tym bardziej, że
drogi pozostawiają wiele do życzenia. Na dworcu kupiliśmy powrotne bilety na
czwartego października. Nie było już wiele czasu na zwiedzanie miasta, które
pozostawiliśmy na koniec wyprawy. Gościnność na Krymie nie ustępuje
doświadczonej wcześniej ukraińskiej, choć większość populacji jest pochodzenia
rosyjskiego. Już zmierzcha, więc w pośpiechu szukamy miejsca do odpoczynku na
wsi, bo wokół pustkowia. Ktoś słyszy polską rozmowę, zagaduje nas zapraszając
na ukraiński barszcz i herbatę. Do namiotów trafiamy już po ciemku.

Dzień
dwudziesty drugi, 29.09.2009, kilometrów 54.
Mamy do wyboru kierunek Sewastopol, lub Bachczysaraj i Wielki
Kanion. Wybieramy w oparciu o rady wcześniej i później otrzymane, wariant
drugi. Bachczysaraj jest obecnie duchową stolicą krymskich Tatarów
powracających po długim i tragicznym wygnaniu. Położony wśród wypiętrzonych
skalnych gór, ogrodów i winnic, imponuje wieloma mineratami i zabytkowym
pałacem chana. Można tu zobaczyć marmurową fontannę poświęconą pięknej Polce
(mówią że Marii Potockiej) porwanej przez Tatarów w darze dla chana. Nie radząc
sobie z realiami życia w haremie zmarła rok później. Wprawdzie mój reportaż nie
jest przewodnikiem turystycznym, ale tego polskiego akcentu nie sposób pominąć.
Warto jeszcze zobaczyć skalne miasto oraz monastyr Uspienskiego, a także zjeść
dobry zestaw obiadowy w ładnej stylowej restauracji za jedyne 15 hrywien, czyli
niecałe pięć złotych. Wreszcie coraz więcej zielonych terenów na naszej trasie
i obóz rozbijamy pośrodku oliwkowego, starego sadu. Każdy z nas wyposażony jest
w kilka petard głównie dla obrony przed hordami wałęsających się psów, ale na
szczęście nie było takiej potrzeby. Rano przed odjazdem odpalamy jedną na
wiwat. Hałas jest ogromny, potęgowany echem otaczających nas skał, więc umykamy
co sił w nogach na Wielki Kanion.

Dzień
dwudziesty trzeci, 30.09.2009, kilometrów 62.
Wielki Kanion. Siedemnaście kilometrów krętej wijącej się ciągle w
górę drogi, wznosi nas na wysokość

Dzień
dwudziesty czwarty, 01.10.2009, kilometrów 45.
Niełatwo jest zdobyć w tym górzystym terenie cokolwiek, tym
bardziej położone osiem kilometrów na południe od Jałty, Jaskółcze Gniazdo.
Dawniej klasztor, a po jego zburzeniu na samej krawędzi skalnego nawisu
pobudowano mały zameczek, z którego można popatrzeć na wybrzeże niemalże z lotu
ptaka. Dzisiejszy dzień nie był łatwy. Powrotną drogę do Jałty wybraliśmy przez
autostradę, ale żeby się na nią dostać, musieliśmy wznieść się na wysokość

Dzień
dwudziesty piąty, 02.10.2009, kilometrów 54.
Ałuszta, morski kurort i największy konkurent turystyczny Jałty.
Kąpiemy się już w październiku ale woda ma jeszcze wciąż 25 stopni. Kąpiel w
takim morzu jest bardzo przyjemna, ale wędrówka po plaży okropna. Na trasie do
Symferopola znajduje się Przełęcz Angarska stanowiąca bazę wypadową w okoliczne
góry. To jeden z najwyższych płaskowyżów na Krymie. Przez szesnaście pierwszych
kilometrów pniemy się ciągle pod górę wśród wspaniałej przyrody, by wreszcie
wspiąwszy się o

Dzień
dwudziesty szósty, 03.10.2009, kilometrów 26.
Ruszyliśmy dopiero w południe. Mamy już bilety, więc nie możemy
się spóźnić z powodu jakiegoś niespodziewanego zdarzenia. Ostrożnie zbliżamy
się do Symferopola. Dwanaście kilometrów przed stolicą zatrzymujemy się nad
jeziorem. W oddali widać ostatnie miasto, kres naszej wyprawy. Przed sklepem, w
którym robimy zakupy obdarowani zostaliśmy chyba w dowód jakiejś sympatii
znaczną ilością piwa. Już nie rozbijam namiotu, ale jak zawsze pod pałatką
ukryję swój rower, skarb największy. Rano pochmurnie i zimno.

Dzień
dwudziesty siódmy, 04.10.2009, kilometrów 28.
Symferopol, czterystutysięczne miasto zamieszkałe głównie przez
Rosjan. W centrum stoi czołg, symbol zwycięstwa. Tu kończy się wyprawa.
Zdobyliśmy wszystko, zmęczeni ale jakże szczęśliwi. Przed nami
dwudziestopięciogodzinna, wygodna podróż do Lwowa. Przedział czteroosobowy z
miejscami do spania, w którym umieściliśmy wszystkie nasze bagaże i rowery.
Wszystko zmieściło się na półkach i pod siedzeniami z wyjątkiem mojego roweru,
który spoczywał na półce sąsiedniego przedziału. Dla nas pozostały dwa wygodne
łóżka wyposażone w komplet świeżej pościeli. Wszystko w przeliczeniu za niecałe
sto złotych.

Dzień dwudziesty
ósmy, 05.10.2009.
Do Lwowa przyjechaliśmy po południu i o piętnastej ruszyliśmy na
rogatki miasta. Mamy prawie sto kilometrów do Medyki i powinniśmy dotrzeć tam
jeszcze przed zmierzchem. Łapiemy na stopa mikrobus i udaje się. Dzięki temu
możemy wsiąść do pociągu w Przemyślu rano następnego dnia. Mijając bokiem stado
mrówek na przejściu granicznym w Medyce byliśmy już w Polsce. Śpimy na tym
samym podwórku, co miesiąc temu. Nad ranem się rozpadało i podmoczyło mnie
trochę, bo znowu spałem bez namiotu. Taki survival na koniec.

Dzień
dwudziesty dziewiąty,
Z Medyki do Przemyśla lało i przemokłem doszczętnie ale na dworcu
przebrałem się. We Wrocławiu Dagmara dostarczyła nam gorący posiłek. Mimo
wszystko katarek dopadł mnie, ale już w domu.
Koniec. Jak zwykle czuję to, … że czytając
reportaż jechaliście ze mną. Dzięki.

Zawsze możesz
wejść pod ten numer na Skarbówku w Szczecinie. Jeśli czytałeś? Chętnie
ugoszczę.